Karaiby

Paweł „Wawrzor” Wawrzyczek – człowiek orkiestra i to dosłownie. Zagra na każdym instrumencie do tego, jak sam mówi zaśpiewa i zatańczy. Instruktor, wykładowca i kapitan MKM Szkwał. Trudne rzeczy w locji i nawigacji dla niego nie istnieją. Obecnie wraz z żoną Asią i dziećmi odkrywa zalety rodzinnego pływania. Śpiewająco zachęcamy do przeczytania rozmowy.

 

Paulina Szczepankiewicz: Zacznijmy może od samego początku. Opowiedz o swojej drodze żeglarskiej.

Paweł Wawrzyczek: Moja droga żeglarska rozpoczęła się tak trochę przypadkiem. Zacząłem w dzieciństwie jeździć na dwutygodniowe obozy żeglarskie na Jezioraka. Tak sobie jeździłem przez 10 lat, zupełnie nie myśląc o jakimś patencie.
Co ciekawe w tych obozach uczestniczyły osoby niewidome i świetnie sobie dawały radę. Przez siedem lat jeździłem jako uczestnik, a potem wkręciłem się jako instruktor i przez trzy lata ja prowadziłem jedną z załóg. Potem niechcący spotkałem Sepielaka [przyp. red. Jakub Sepielak] na Bagrach.

 

Jeziorak_2004_2

 

Twój szczęśliwy dzień.

Tak, mój szczęśliwy dzień [śmiech]. Oczywiście Sepielak mnie zagadał, jak on to potrafi, prawda? Od tego momentu zaczęliśmy współpracę. Zrobiłem najpierw tutaj sternika i zaczęły się jakieś szkolenia, instruktorskie zabawy, pierwsze kapitańskie sprawy. Wtedy ruszyło, że tak powiem.

.

.

Właśnie, opowiedz o swojej pasji instruktorskiej. Jak czujesz się w roli nauczyciela?

Akurat bardzo dobrze się czuję, bo ja bardzo lubię pracować z ludźmi i coś opowiadać, pokazywać. Zresztą cieszy mnie przygotowywanie prezentacji, czy miłe słowa po wykładzie, że się podobało. To mnie nakręca. A zaczęło się to tak,
że rozpoczęliśmy kurs żeglarza, ja kilka wykładów poprowadziłem, coś poszkoliłem na jachcie i na tyle mi się to spodobało, że stwierdziłem, że fajna sprawa i zacząłem robić kursy instruktorskie. Potem ruszyły szkolenia na sternika i do tej pory opiekuję się moimi ulubionymi tematami, które są mi bliskie. Przepisy, światełka, trudne rzeczy, które można w przystępny sposób przedstawić. Wiesz, tak żeby to można było zrozumieć prosto i konkretnie.

.   

Akurat tak się składa, że byłam z Tobą na rejsie i wiem, że jesteś mistrzem budowania atmosfery. Nabyłeś tę umiejętność, czy jest ona całkowicie naturalna?

Myślę, że to jakoś samo przyszło. W ogóle ja jestem jedynakiem, więc zawsze szukałem jakiegoś kontaktu z ludźmi i chyba po prostu tak mam, że lubię poznawać innych i spędzać z nimi czas. Poza tym cieszę się jak coś się dzieje, nie jest nudno. Lubię być w centrum uwagi, więc zawsze zagaduje albo coś wymyślę. Wiesz – podskoczę, zatańczę, zaśpiewam. Tak, to jest dla mnie naturalne. Zresztą na co dzień zarządzam projektami, kontaktuję się z zespołami, więc to jest też część mojej pracy. Muszę się tak zachowywać i to mi chyba zostało.

Sifu

.   

A widziałbyś się w roli takiego pełnoetatowego szkoleniowca. Rzucić swoją dotychczasową pracę i zająć się tylko szkoleniami żeglarskimi?

Myślałem o tym, natomiast trzymają mnie dwie sprawy. Po pierwsze, to jest niestabilny rynek. W jednym roku może być dobrze, a w drugim może być różnie. A moja dotychczasowa praca jest stabilna, więc szkolenia traktuję jako hobby. Kolejna sprawa – słyszałem, że jak się to zaczyna robić zawodowo, to za chwilę już Ci się to przejada. Zamiast się cieszyć z tego, że się jedzie na jakieś szkolenie, czy rejs to zaczyna się traktować tych ludzi jako klientów. Przyjeżdżają
a najlepiej, żeby zaraz wyjechali. Także, póki jest to takie moje hobby, to sprawia mi to radość.

 .   

Żagli nie chcesz łączyć z pracą, co innego z życiem prywatnym. Twoja żona też żegluje, prawda?

Tak. W ogóle to my się poznaliśmy w Szkwale, na jednym z rejsów. To było [chwila zadumy] 11-12 lat temu [śmiech], 2007, może 2008 – coś koło tego. Byliśmy razem na rejsie, zaczęliśmy rozmawiać i tak już zostało. Asia była wcześniej w Szkwale, już kilka lat. Potem ja się pojawiłem i od tej pory trzymamy się tych żagli. Żeglujemy wspólnie, teraz jeszcze z dziećmi, więc wszystko kręci się wokół tego, żeby z tego żeglowania nie rezygnować.

.

Sporo się zmieniło odkąd masz rodzinę? Ogranicza ona Twoje plany rejsowe, ciężej wszystko dograć?

Ciężej logistycznie, to na pewno. To jest tak, że jak są małe dzieci, to we dwójkę trudno jest się wyrwać, jedno z nas musi zostać. Parę ostatnich lat wyglądało tak, że albo Asia jeździła albo ja. Dopiero od zeszłego roku zdecydowaliśmy się zabrać dzieci na łódkę. W tym roku kontynuujemy i już są troszeczkę oswojeni z tą atmosferą – że jest woda, że coś buja i już się tego nie boją. Poza tym trzeba to dużo wcześniej zaplanować. Też o innych rzeczach się myśli kiedy się pływa z dziećmi, niż jak się pływa samemu. Na pewno jest ciężej logistycznie, ale da się to zrobić. Dzieci rosną więc będzie coraz łatwiej.

.

Dzieciom podoba się żeglarstwo? Chciałbyś żeby zostały żeglarzami?

Pewnie, że bym chciał [śmiech]. Na pewno im się podoba. Jak im mówię, że za chwilę będziemy na łódce, to się cieszą. Młody bierze mi telefon i przegląda zdjęcia z zeszłego roku. Szczególnie podobają mu się te za sterem i w kamizelce. Szuka po domu wtedy swojej kamizelki i od razu ją zakłada. Dzieciaki lubią nowe miejsca, to coś innego niż zwykły wyjazd.

Zaręczyny

.

Chciałbyś opowiedzieć o swoich zaręczynach? Niech nikogo to nie zmyli, bo dalej pozostajemy, w temacie żagli. Zaręczyny też miały miejsce na morzu.

[śmiech] Chętnie opowiem. Też były na łódce i też ze Szkwałem.
To w ogóle była ciekawa historia. Płynęliśmy wtedy do Kopenhagi. Przygotowane były fajerwerki, muzyka, szampan. Ja się z naszym Komandorem Jakubem umówiłem, że zwabimy Asię na pokład
w środku nocy, odpalimy fajerwerki i oczywiście ja wyskoczę
z pierścionkiem, potem poleje się szampan i będziemy bawić się do rana. Natomiast plan z fajerwerkami w nocy nie wypalił, bo baliśmy się, że jakaś straż przybrzeżna przypłynie nas ratować, więc w okolicach szóstej rano Kuba nas wysłał na dziób, że niby żagiel trzeba poprawić. Oczywiście nie trzeba było go poprawiać, natomiast Asia nie zwróciła na to uwagi, bo dopiero co została z łóżka wyciągnięta, więc jeszcze była oszołomiona. Wtedy ja uklęknąłem na jedno kolano, a moja przyszła małżonka stwierdziła, że się wywaliłem, więc trzeba mi pomóc. Z kolei ja się modliłem, żeby tego pierścionka nie upuścić, bo dość dobrze bujało, więc powiedziałem szybko, co trzeba było powiedzieć,  oświadczyny zostały przyjęte i zaczęliśmy świętowanie, już z tymi fajerwerkami. Natomiast z innej strony historia jest taka, że płynęła z nami wtedy druga łódka, na której jeden z naszych kolegów wiedział, co będzie się działo. Aczkolwiek zapomniał, że miał poinformować o tym kapitana tamtego jachtu. Jak zobaczyli zielone, czerwone i białe kule wylatujące od nas zaczęli do nas dzwonić. Muzyka dosyć głośno grała, więc nie słyszeliśmy. Grzesiu Sieńczak, który był tam wtedy oficerem dwie godziny nas obserwował, czy przypadkiem nie toniemy i do tej pory ma do nas o to pretensje [śmiech]. Było wesoło.

To jest Twój ulubiony rejs, czy masz jakiś inny, który szczególnie zapadł Ci w pamięć?

Fajnych rejsów było tutaj naprawdę sporo. Na pewno bardzo dobrze wspominam rejs na Karaiby w lutym, też z Asią. Udało nam się wyrwać razem. To był też ciekawy rejs o tyle, że dowiedzieliśmy się tam, że będziemy mieli pierwsze dziecko. Była taka sytuacja, że Asia stwierdziła, że się dziwnie czuje i trzeba to sprawdzić. Na jakiejś wyspie, gdzie były tylko domki
z bambusa wysłała mnie po test ciążowy. Raczej nie spodziewałem się, że go kupię. Gdzie niby miałbym tam znaleźć aptekę? Okazało się, że apteka była i był też test. Wszystko się potwierdziło. Robiłem wtedy grilla z tej okazji, którego do końca nie pamiętam.

.

Czyli wszystkie ważne dla Ciebie chwile łączysz z żaglami?

Tak, na to wygląda.

.

Masz jeszcze jakieś żeglarskie marzenie, czy już wszystkie zrealizowałeś?

Nie, jeszcze nie. Mam takie żeglarskie marzenie, żeby kiedyś kupić taką dużą łódkę, na której będzie można chwilę zamieszkać. Miejsce, gdzie można się urwać i popływać. Razem z Asią o tym myślimy, niewykluczone, że to taki pomysł na emeryturę, żeby nie siedzieć w domu i nie zastanawiać się co dalej tylko wsiąść na łódkę i coś jeszcze zobaczyć.

.

Region wybrany?

Pewnie. Cały świat.

[oboje śmiech]

 .

Chcesz wymienić swoje autorytety żeglarskie? Na kimś się wzorujesz, kogoś podpatrujesz albo podpatrywałeś?

Na pewno pierwszym człowiekiem, który mnie do tego szczególnie zaraził był Kuba Sepielak. To on pokazał mi, że można się bawić na żaglach. Także dla niego wielkie podziękowania, że gdzieś mnie tutaj wkręcił. Natomiast też dużo czasu spędziłem, czy to na szkoleniach, czy egzaminach ze Sławkiem Wójtowiczem, który z jednej strony jest człowiekiem trzeźwo na wszystko patrzącym, z takim dużym spokojem. Ma ogromną wiedzę i dzieli się nią bardzo chętnie z innymi. Z drugiej pokazuje, że można na luzie, ale ciągle bezpiecznie i skutecznie. Potrafi to połączyć z fajną zabawą. Jak widać autorytety, zbieram raczej lokalnie.

 .

Cykl tych wywiadów ma w sobie również jeden haczyk. Opowiedz o sobie coś, o czym nikt nie wie albo przynajmniej mało osób wie.

W mojej naturze leży to, że dużo gadam, więc wszystko co mogłem, to już opowiedziałem.

 .

Ostatnie słowo. ChciałbyChorwacja 2017ś coś dopowiedzieć?

Chyba nie. Chociaż mam nadzieję, że Szkwał będzie dalej kwitł. Znowu zrobi się jakaś fajna paczka ludzi, która będzie mogła się spotkać, pogadać, wypić piwo, pomarzyć o dalekich rejsach i je realizować.

.

Z Tobą i Twoją rodziną włącznie oczywiście?

Oczywiście. Ja chętnie zagram, zaśpiewam, napije się rumu, także jestem do dyspozycji [śmiech].

 .

Tak już poza przygotowanymi pytaniami. Jak to jest z tym Twoim graniem? Lubisz szanty, czy to takie zło konieczne żeglowania?

Lubię szanty, chociaż odkąd pracowałem przy festiwalu Shanties sześć lat z rzędu to trochę mi się to osłuchało, ale teraz odkąd mam troszeczkę przerwy to wracam do tej muzyki. Lubię słuchać szant, lubię je śpiewać. Chodziłem do szkoły muzycznej, gram na różnych instrumentach np. na akordeonie i fortepianie.
A z gitarą zaczęło się tak, że w okolicach liceum, jak tylko skończyłem szkołę muzyczną, to akordeon odstawiłem, jak to po szkole muzycznej [śmiech]. Zapragnąłem czegoś nowego, dlatego kupiłem sobie gitarę i tak to trwa do dzisiaj. Chwilę, na początku w mękach, poświęciłem na naukę, ale gram już z 15 lat. Znalazło się środowisko, które chętnie pośpiewa szanty czy inne piosenki, więc i ja chętniej gram.

 .

To jest Twoja magiczna broń w budowaniu atmosfery na jachcie!

No pewnie!

 .

Bardzo Ci dziękuję.

Dzięki wielkie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Relacja Agaty Dyl z rejsu na Gotlandię w 2015 roku.

Maj 2015 r., salka szkoleniowa w Starym Porcie w Krakowie. Po wykładzie z meteorologii, na który wybrałam się głównie dlatego, że prowadził go mój kolega (po części też dlatego, że chyba mam słabość do wykładów szkwałowych).

Rozmowa z jednym z Kapitanów Szkwału :

Kapitan: Mam wolną koję na rejs na Gotlandię, płyniesz?

Ja: (po jakiś 3 sekundach namysłu) – Płynę, jutro potwierdzę, tylko uzgodnię urlop.

I tak właśnie podejmuje się dobre decyzje.

Kapitanem, z którym rozmawiałam był Paweł. Pierwszym oficerem – Janek . Załogę stanowili: Grażynka, Ola, Sławek, Paweł (kolega prowadzący wspomniany wcześniej wykład – w Szkwale świat wydaje się mały, ale to miłe odczucie) i ja .

Rejs rozpoczynał się 1 sierpnia. Wypływaliśmy z Górek Zachodnich k. Gdańska. Jednostką, którą wyruszyliśmy w rejs była s/y ASPERA (Emka 36 z 1987 r., dł. 10,8m, zanurzenie 1,8 mb, pow. żagli 60 m2). Jacht może nie najnowszy, ale zdecydowanie
z duszą.

Po zaokrętowaniu przeszliśmy obowiązkowe przeszkolenie z bezpieczeństwa, dopasowaliśmy kamizelki, ustaliliśmy szczegóły rejsu, przygotowaliśmy jacht. Pozostało tylko wypłynąć – wyruszyliśmy ok. godz. 17:00.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

Celem naszego rejsu była miejscowość Visby, położona w północnej części Gotlandii. Chcąc do niej dotrzeć mieliśmy do pokonania ok. 200 mil morskich. Oznaczało to ponad dwu-dobowy przelot.

 OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zachód słońca oglądaliśmy z morza. W tle widać jeszcze Trójmiasto. 

.

.

Kolejny dzień przywitał nas słoneczną pogodą
i umiarkowanym wiatrem. Cóż, może zbyt umiarkowanym. Słaby wiatr miał swoją zaletę – nie zwiewało nam kart.

W poniedziałek po południu na horyzoncie pojawiła się wyspa. Według planu mieliśmy zostać na noc w jednej z najbardziej wysuniętych na południe miejscowości – Burgsvik. Jest to niewielka osada zamieszkiwana przez ok. 350 osób. Przy cumowaniu swoją pomoc zaoferował nam bardzo sympatyczny Szwed, którego w zamian poczęstowaliśmy dobrym, polskim piwem Kasztelan. Nie spodziewaliśmy się, że podarunek ten tak bardzo przypadnie  mu do gustu. Kiedy sklarowaliśmy jacht odwiedził nas przynosząc ze sobą całą siatkę szwedzkiego odpowiednika, proponując zamianę za piwo z Polski. Bardzo się zdziwił i trochę zasmucił, gdy dowiedział się, że tak smakujące mu piwo można kupić w Polsce kilkukrotnie taniej, niż zdecydowanie mniej zachwycające w smaku, piwo szwedzkie. Od razu zadeklarował, że na kolejny rejs płynie do Polski. Spędziliśmy wspólnie miły wieczór.

Podróżując poznajemy wielu ludzi. Czasem są to znajomości krótkie, ot wieczór przy piwie i ciekawa rozmowa, czasem przyjaźnie na długie lata a czasem coś pomiędzy. Nawet nowo poznany człowiek może nas zainspirować, opowiedzieć nam ciekawą historię lub czegoś nas nauczyć… albo my jego?

W dalszą drogę wyruszyliśmy następnego dnia rano. Płynęliśmy wzdłuż wyspy, więc mogliśmy się jej lepiej przyjrzeć. Zbudowana jest głównie z wapieni, dzięki czemu linia brzegowa jest ciekawa dla oka. Zachodni brzeg, wzdłuż którego płynęliśmy to głównie wysokie na kilkadziesiąt metrów OLYMPUS DIGITAL CAMERAklify, robiące wrażenie swoją wysokością, zwłaszcza z poziomu morza.

Do celu naszej podróży dotarliśmy po południu, tego samego dnia –
4-tego sierpnia. Visby jest stolicą wyspy, zamieszkiwaną przez ok. 22 tys. osób. Miasto to znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Otoczone jest murami obronnymi z XIII wieku, w obrębie których znajduje się ponad 200 średniowiecznych budowli. Idealne miejsce dla osób lubiących klimat wieku średniego.

Po zacumowaniu i uporządkowaniu jachtu wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy.

Lokalnym przysmakiem są lody szafranowe, które były pierwszy punktem na naszej trasie. Wybór kolejności zwiedzania był podyktowany dwoma głównymi czynnikami: obawą, że lodziarnie zostaną wkrótce zamknięte oraz szczerą chęcią zjedzenia czegoś nie nawiązującego w smaku do pasztetu, kabanosów ani żółtego sera.

Spacerując po mieście widzieliśmy coraz więcej osób ubranych w średniowieczne stroje. Co roku w Visby organizowany jest festiwal średniowieczny – Medieval Week. Okazało się, że trafiliśmy w sam środek jego trwania. Zabawa polega na przeniesieniu w czasie całego miasta na jeden tydzień. Organizowane są pokazy i wykłady związane z tematyką średniowieczną oraz wiele innych atrakcji. Nie dziwili więc sprzedawcy ubrani w epokowe stroje ani targ, na którym można było nabyć wyroby skórzane, futra czy łuki (nie wiem czy prawdziwe). Więcej na temat festiwalu można się dowiedzieć ze strony: http://www.medeltidsveckan.se/en/.

Wieczorem wybraliśmy się nad brzeg morza, gdy zrobiło się całkiem ciemno na plaży rozpoczęły się pokazy tańca z ogniem. Trochę dziwnie czuliśmy się będąc praktycznie jedynymi osobami, w najbliższej okolicy ubranymi we współczesne stroje (niedociągnięcie z naszej strony, które kiedyś trzeba będzie nadrobić). Nie uszło to uwadze siedzących obok i groźnie wyglądających Wikingów, którzy okazali się jednak bardzo wesołymi ludźmi.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejnego dnia – 5-tego sierpnia przed południem wypłynęliśmy w drogę powrotną, która minęła spokojnie, chociaż trochę mocniej wiało.

Będąc już na terenie Polski zatrzymaliśmy się na chwilę na Helu, potem popłynęliśmy do Pucka, gdzie spotkaliśmy się z rodziną Janka
i Sławka. W Pucku zostaliśmy na noc.

.

.

 

Mieliśmy kilka głupich, niezrealizowanych pomysłów związanych z tym pomostem. Do dzisiaj nie jesteśmy pewni czy rzeczywiście były głupie czy po prostu złe.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Trasę zakończyliśmy kolejnego dnia. Przepłynęliśmy przez Zatokę Gdańską z Pucka do Górek Zachodnich, skąd startowaliśmy. Spakowaliśmy swoje rzeczy i sprzątnęliśmy jacht, potwierdzając po raz kolejny, że:

- zapasów jedzenia jest zawsze albo za dużo albo za mało – w naszym przypadku na szczęście sporo jeszcze zostało;

- objętość rzeczy zabranych na rejs magicznie się zwiększa przy pakowaniu na powrót.

.

Z perspektywy czasu nadal bardzo dobrze wspominam ten rejs. Chciałabym podziękować jeszcze raz Kapitanowi – Pawłowi Szańcowi za organizację i „wzięcie mnie na łódkę”. Dziękuję również Pawłowi Kościelnemu za wykonanie tylu pięknych zdjęć w trakcie tego rejsu oraz za możliwość wykorzystania kilku z nich do zilustrowania naszej wyprawy. A także pozostałej części załogi za świetną współpracę i miłe towarzystwo.

Polecam książkę Gotland Jerzego Kulińskiego. Towarzyszyła nam na rejsie i okazała się bardzo pomocna, poza tym jest też ciekawą lekturą. Warto zwrócić uwagę na to, które wydanie się posiada, gdyż książka jest co jakiś czas aktualizowana.

 

 

Źródła:

https://en.wikipedia.org/wiki/Burgsvik

https://pl.wikipedia.org/wiki/Visby

 

 

Agata Dyzdjęciel – Jachtowy Sternik Morski, członek MKM Szkwał od 2013 r.
„Lubię brać udział zarówno w »zimnych« jak i w »ciepłych« rejsach oraz realizować tzw. ‘głupie’ pomysły – nie mylić z tymi złymi :)”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Autor: Agata Dyl

Fot. Paweł Kościelny

Korekta: Paulina Szczepankiewicz

FB_IMG_1530280574700

W środowisku żeglarskim nie trzeba go przedstawiać. Pływa od 16 roku życia i jak mówi nie zamierza przestać. Nie czuje się na tyle lat ile ma i na pewno na tyle nie wygląda. Pomysły nigdy mu się nie kończą, a upór i determinacja sprawiają, że cały czas realizuje coraz to nowsze marzenia. Komandor MKM Szkwał, wcześniej wieloletni, aktywny członek, współorganizator Międzynarodowego Festiwalu Piosenki Żeglarskiej SHANTIES. Prywatnie mąż, ojciec i właściciel sieci gastronomii. Zapraszamy do rozmowy z Jakubem Sepielakiem.

 

 

Paulina Szczepankiewicz: Kuba, gdybyś miał się przedstawić, to co byś powiedział? Kim jest Komandor Szkwału?

 

Jakub Sepielak: Pozytywnie zakręconą osobą.

 

A jakie są jego kompetencje? Za co odpowiada?

 

Ojj, za wszystko. Począwszy od finansów, przez plany żeglarskie, ustawienie harmonogramu szkoleń, dosłownie za wszystko. W tym momencie na pewno odeszły nam tematy związane z posiadaniem jachtów do szkoleń śródlądowych i tutaj nie musimy się martwić o to kto, kiedy, jak i dlaczego. Powoduje to, że mamy trochę mniej tej pracy, jednak żeby dograć grafiki wszystkich, którzy dla Szkwału prowadzą szkolenia, kursy, czy rejsy, z uwzględnieniem ich harmonogramów zawodowych, terminów urlopowych, część osób ma już rodziny, dzieci – to jest trochę roboty [śmiech].

 

Tylko troszeczkę.

 

Bardzo mało [znowu śmiech].

 

Skoro wiąże się to z tak dużym poświęceniem, dlaczego ciągle się tym zajmujesz? Co Cię ciągnie w stronę morza?

 

Ludzie. Ludzie, z którymi się pływa, ludzie, których się poznaje, przyjaźnie, które zostają na całe życie.

 

Warto się dla tego tak poświęcić? Z jednej pracy do drugiej?

 

Zdecydowanie warto! Czy to jest praca? Hmm… to moja pasja. W pracy spędzam 7 dni w tygodniu, po parę albo i paręnaście godzin, więc organizacja rejsu, wyjazdy, poznawanie nowych ludzi i zwiedzanie miejsc, w których sie pływa, powoduje że masz taką przestrzeń dla siebie, w swoim świecie, w którym możesz się oderwać od pracy, od klientów, od tych gastronomii, które prowadzę, więc jest to fajny sposób. Myślę, że drożej wyszedłby mnie psychoanalityk niż rejsy, które organizuję. Mam cel, więc jest to warte na pewno tego czasu, który się poświęca.

 

Jeżeli to Cię tak pochłania i tak fascynuje, to czy mógłbyś być kapitanem z zawodu? Odrzucić swoją pracę dotychczasową i pełno etatowo zająć się prowadzeniem rejsów i szkoleń?

 

Nie. Absolutnie nie. Powtarzam to też zawsze jak prowadzimy szkolenia, zwłaszcza te dla Jachtowych Sterników Morskich – przyszłych kapitanów, że dopóki to jest pasja i sprawia Ci zadowolenie, to niech tak zostanie. Jak zaczynasz robić to zawodowo to przestaje to być atrakcyjne. Żeglarstwo to nie jest tylko pływanie w ciekawych miejscach z fajnymi ludźmi – to przestawianie jachtów, transport, naprawa, serwis jachtów, mniej lub bardziej ekskluzywnych jachtach w równe rejony świata, niezależnie od tego czy to będzie Europa, czy na przykład Karaiby. Sezon żeglarski, dla kogoś kto uprawia tzw. turystykę żeglarską zawodowo i z tego żyje, nigdy się nie kończy. W Europie zaczyna się gdzieś wiosną, od Chorwacji, Grecji czy Włoch, trwa mniej więcej do końca września. Potem ten jacht można przestawić na Wyspy Kanaryjskie, chwile tam popływać, następnie przetransportować na Karaiby, na ten właściwy sezon żeglarski. W zasadzie, chcąc żyć z takiego jachtu, w taki sposób, trzeba umieć zrezygnować z normalnego życia na lądzie. Poza tym, znać się naprawdę na wszystkim – na mechanice związanej z jachtem, na logistyce związanej z transportem siebie i jachtu, na akwenach, w których się pływa, specyfice portów, przepisach lokalnych, bo wiadomo, że nie w każdym miejscu można takie rejsy organizować.

 

Z tego co wiem, to Ty na tym wszystkim się znasz.

 

Znam ale zwyczajnie nie wyobrażam sobie spędzenia życia na morzu. Mam firmę, która przynosi mi dużo radości, mam kochającą rodzinę, dorastającą córę, której też trochę czasu chcę poświecić, oczywiście na tyle ile mogę. Trzyma mnie też grono znajomych, także żeglujących, którzy nie są w stanie płynąc ze mną na każdy rejs, więc tutaj w Krakowie mam również dużo zobowiązań typowo towarzyskich.

 

Zawód Kapitan nie, ale ciągle dużo pływasz. Wspomniałeś o rodzinie, co oni na Twoje wyjazdy i powroty? Jak to u Was wygląda?

 

Dobrze być z kimś, kto też ma jakąś pasję i pracę związaną z wyjazdami. Ania też sporo podróżuje w związku z pracą zawodową. Wyjeżdza do Chin, do Stanów, do różnych krajów Europy, więc jakby wzajemnie mamy do siebie na tyle dużo cierpliwości, żeby nie skakać sobie do oczu. Jedno wyjeżdża na rejsy na Karaiby, a drugie do U.S.A do pracy, więc to na pewno pomaga. A rozstania? Hmm… chyba są naturalne. Wydaje mi się, że ja inaczej nie potrafię. To coś pierwotnego u każdego człowieka, żeby się nie znudzić tą codziennością, drugą osobą i tym co się robi. Dobrze raz na jakiś czas zmienić klimat. Ja, tak patrząc na ostatnie lata, raz na kwartał staram się gdzieś w ciekawe miejsce popłynąć, coś zorganizować żeby po prostu nabrać troszeczkę dystansu do siebie i otoczenia.

 

Rozstania z żoną to jedno, ale przecież masz dorastającą córkę. Nie buntuje się, że taty często nie ma w domu?

 

Nie, nie buntuje się. Jak na swój wiek, 12 lat – jest niesamowicie dojrzała. Na pewno rozumie, a raczej wydaje mi się, że rozumie moją pasję. Pływam od 16 roku życia, więc dosyć dużo, bo już 25-26 lat żegluję.

 

I teraz właśnie przyznałeś się do swojego wieku. A wszyscy myśleli, że dopiero co skończyłeś 20 lat.

 

[śmiech] Już dawno nie.

Ona była w tym cały czas, widziała, że wyjeżdżam. Czy to były wyjazdy na Mazury, Jezioro Rożnowskie, czy do Kołobrzegu na szkolenia. Miesiąc składa się z weekendów, które spędzam w domu, tych gdzie jestem w firmie i weekendów kiedy żegluję. Wydaje mi się, że jest to taka naturalna kolej rzeczy. Jeżeli ktoś od małego nauczony jest tego, że tata pływa,  to nie jest to dla niego taka wielka niespodzianka. Myślę, że większą niespodzianką może być, kiedy tata w wieku np. 45 lat nagle zaczyna prowadzić bujne życie żeglarskie i znika na 1,5 czy 2 miesiące organizując rejsy w odległe zakątki świata. Wtedy to może być mocne zaskoczenie dla dzieciaka. Natomiast w moim przypadku raczej nie. W XXI wieku internet, messenger, skype w zasadzie codziennie jesteśmy w kontakcie, praktycznie tyle ile w domu.

 

Wiemy już, że rodzina Cię wspiera i możesz realizować swoje cele. Opowiedz coś o nich. Gdzie chciałbyś popłynąć, gdzie jeszcze nie byłeś? Chyba, że nie ma takiego miejsca?

 

Jest jeszcze parę miejsc, w których nie byłem. Na pewno Malediwy, w jakiś sposób nęcą swoim urokiem i chciałbym je zobaczyć. Z tych egzotycznych miejsc nie żeglowałem jeszcze po wodach Polinezji Francuskiej, ale to w dalszej kolejności. Jestem także ciekawy jak wyglądają okolice Bahamów. Znajomi się wkrótce wybierają, więc będę się uważnie przyglądał i słuchał kiedy zasypią mnie opowieściami jak tam jest. Oczywiście nie mogę pominąć Jamajki, to będzie taka wisienka na torcie z miejsc, w których ze Szkwałem jeszcze nie byliśmy. Tam na pewno bardzo chcielibyśmy dotrzeć.

 

Jesteś osobą, która skrupulatnie realizuje swoje cele żeglarskie czy raczej na zasadzie – ktoś rzuca pomysły na rejsy, więc zajmujesz się logistyką, charterem i podporządkowujesz się pod plan.

 

Cele żeglarskie generalnie realizuje bardziej pod siebie np. rejsy rodzinne, gdzie na parę tygodni między czerwcem a lipcem płyniemy z dzieciakami. Koledzy kapitanowie zabierają swoje rodziny żeby z tego żeglarstwa własnemu dziecku też pokazać coś atrakcyjnego. Nie tylko to co jest teraz bardzo modne, ale także interesujące wyspiarskie życie – trochę Grecji, Chorwacji, trochę Europy. Również tutaj, jeżeli chodzi o cele, priorytetem moim jest to rodzinne pływanie, które w ostatnich latach mocno się rozrosło i cieszy się popularnością. A plany? Na pewno cenie sobie moją współpracę z Kasią [Katarzyna Jakubiak], ma ciekawe, niestandardowe pomysły dlatego nasze cele żeglarskie są zbieżne. Dodatkowo słucham tego co ludzie chcą zobaczyć, co jeszcze można zobaczyć, co ktoś widział, a my nie. Zostawiam sobie bardziej te ciepłe tematy, te tropikalne [śmiech].

 

Porzucasz zimne rejsy?

 

Porzuciłem zimno. Jakieś 5-6 lat temu zamknąłem ten etap pływania po Morzu Północnym czy po Bałtyku.

 

Są jakieś szanse, że wrócisz do takiego pływania?

 

Na dzień dzisiejszy nie. Nie mam potrzeby zdobywać Mont Everestu żeglarstwa, czyli Hornu. Poza tym stało się to na tyle popularne, że każdy robi jakąś objazdówkę po Hornie i może powiedzieć, że zaliczył. Tak to mniej więcej wygląda. Mnie ten wyścig nie jest potrzebny.

 

Wspominasz o tym , że słuchasz ludzi. Wiem, że jesteś znany ze zdania – „(…) bo najważniejsze to w odpowiedniej być załodze”. Wolałbyś płynąć na rejs starym, niezbyt wygodnym jachtem ale z ludźmi, których lubisz, czy na ekskluzywnym ale z osobami, z którymi wiesz, że się nie dogadasz.

 

Nie, nie popłynąłbym na ekskluzywnym jachcie z ludźmi, z którymi bym się nie dogadał, chociaż nie spotkałem jeszcze takich w swoim życiu. Nawet organizując rejsy dla grup tzw. zorganizowanych, które zgłaszają się z konkretną propozycją, na zasadzie – „słuchaj byłeś tu i tu, czy mógłbyś zorganizować dla nas rejs?”. Nigdy nie miałem takiej sytuacji, że sobie nie dałem rady z załogą, czy wróciłem jakiś skwaszony. Nie mniej jednak trzeba to wypośrodkować. Nie chciałbym wchodzić na niszczejący jacht i nie zaproponowałbym innym żeby ze mną na nim płynęli. Przede wszystkim ze względu na bezpieczeństwo, wygoda jest na drugim miejscu. Na pewno bardziej komfortowo jest płynąć dużym, wygodnym, klimatyzowanym katamaranem. Wydaje mi się, że w pewnym wieku jest to jakiś standard. Oj, teraz wyjdzie, że tylko w pewnym wieku. Może inaczej – nie proponuje płynięcia na jachcie, na którym sam nie chce płynąć, bo nie czuje się na nim bezpiecznie i nie jestem w stanie tego bezpieczeństwa zapewnić innym ludziom, którzy tam są. Także zdecydowanie duże jachty. Czy luksusowe? Jedno z drugim idzie w parze. Jeżeli jest duży jacht, to jest dużo lepiej przygotowany i wyposażony niż te jachty poniżej 40 stóp. Myślę, że 46 stóp i w górę to już jest żeglarstwo.

 

Mówiłeś wcześniej, że zimne akweny nie ale opróćz prowadzenia rejsów organizujesz również szkolenia na Bałtyku, gdzie przecież nie zawsze jest ciepło. Jedno z drugim się wyklucza, więc jak to z Tobą jest?

 

Właśnie to jest trochę taki paradoks. Przez tydzień w kwietniu na Bałtyku, można trafić na różne warunki, tzw. bałtyckiej kapryśnej pogody. Może być słonecznie, deszczowo, trochę śniegu w weekend majowy potrafi też spaść. Ludzie, którzy przyjeżdżają na szkolenie zobaczą cały kalejdoskop warunków jakie mogą ich spotkać. Takich 7-8 dni spędzonych na niedużych, bo to są 36-cio stopowe Bavarie, absolutnie zapełnia mi potrzebę pływania po zimnym morzu. Mnie wystarczy taki tydzień manewrówki. Poza tym jest to takie kapitalne podsumowanie szkolenia żeglarskiego. Kurs zaczyna się w listopadzie, gdzie prowadzimy teorię, nawigację, przygotowujemy do egzaminu na radiooperatora SRC i zakończone jest to właśnie manewrówką w Kołobrzegu. To idealne rozpoczęcie sezonu żeglarskiego w Europie. Takie mocne kopnięcie w tyłek, bo jest chłodno a potem jest już tylko przyjemniej. Organizacja tego szkolenia daje mi dużą satysfakcję.

 

Czy po takim tygodniu manewrówki jesteś w stanie stwierdzić, że ktoś będzie dobrym kapitanem.

 

Tak! Zdecydowanie tak.

 

Jak się to rozpoznaje? Istnieją jakieś metody żeby to ocenić?

 

K: To zwyczajnie widać. Zupełnie inaczej niż na kursie na stopień żeglarza jachtowego, gdzie dopiero na egzaminie można stwierdzić czy ktoś sobie poradzi. W Kołobrzegu już od pierwszego, może drugiego dnia szkolenia wiem kto się nadaje. To nie jest typowa manewrówka, że jedziemy i przez tydzień pływamy. Staramy się również nauczyć takiej odpowiedzialności na jachcie. Załoga musi zaplanować kambuz, zakupy, cały tydzień związany z postojem, z wachtami. Dlatego już w pierwszych dniach można powiedzieć kto jest rokujący, kto w przyszłości będzie sobie świetnie dawał radę jako kapitan. Bycie kapitanem to nie jest tylko umiejętność dobrego wyglądania za sterem i ładne zdjęcia, to przede wszystkim branie odpowiedzialności za cały jacht. To właśnie też przygotowanie logistyczne, rozpisanie kambuzu, wacht w sposób, w który to będzie działało. Na rejsie mogą być osoby przypadkowe, trzeba znaleźć chwilę żeby wcześniej z nimi porozmawiać. Ja nie mam czasu żeby z wszystkimi przed rejsem się spotkać ale chociaż porozmawiać mailowo. W taki sposób też jestem w stanie się dowiedzieć czego się mogę po kimś spodziewać. Dlatego na pewno po takim szkoleniu na sternika, jesteśmy w stanie stwierdzić kto będzie dobrym kapitanem poradzi sobie
i będzie miał z tego fun.

 

Organizacja rejsów w najdalsze zakątki świata, szkolenie przyszłych kapitanów, to są powody do dumy. Z tego jesteś najbardziej dumny, czy może jest coś innego?

 

Dumny mogę być z tego, że jestem w miejscu, gdzie mam okazję poznawać wspaniałych ludzi. W ciągu tych dwudziestu paru lat pływania to w zasadzie wszystkie trwałe przyjaźnie i znajomości nawiązały się na burcie. Morze to jest takie magiczne miejsce, gdzie poznajesz człowieka od każdej strony. Dowiadujesz się na ile możesz na niego liczyć, czy pomoże Ci w każdej sytuacji, czy w ogóle możesz go poprosić o tę pomoc. Morze nie wybacza błędów, a ludzie zachowują się bardzo różnie, w sposób mniej lub bardziej ekstremalny. Nie każdy udźwignie to psychicznie.

 

Morze nie wybacza błędów, więc trzeba cały czas doskonalić swoje umiejętności i wiedzę. Wiemy, że teraz jesteś świetnym kapitanem ale kiedyś sam się uczyłeś. Kto był Twoim idolem? Na kim się wzorowałeś? Jest taki ktoś?

 

Oczywiście, że tak. Ktoś przekazał mi kawałek tej wiedzy.

 

Chciałbyś o kimś konkretnym opowiedzieć? Czy raczej pozostajemy w formie bezimiennej?

 

To były osoby, o których już teraz mało kto pamięta, więc imiennie nie chciałbym ich wymieniać. Na pewno kawał sztuki żeglarskiej został mi przekazany. Wszystko czego nauczyłem się na Bałtyku, na Morzu Północnym było dla mnie cenne. Potem sam przeniosłem to do Chorwacji, Grecji czy na Karaiby i nie było to takie trudne. Podpatrywałem żeglarzy, którzy tam pływają, zerkałem na sposoby ich parkowania. Myślę, że samo obserwowanie odgrywa dużą rolę w nauce żeglowania. Nikt nie mówił mi jak stawać na kotwicy, to przyszło samo. Trochę teorii, trochę praktyki, parę prób i jakoś poszło.

 

Wiemy już, że jesteś świetnym mężem, ojcem i kapitanem ale teraz chciałabym zadać Ci pytanie, którego prawdopodobnie nikt wcześniej Ci nie zadał i którego się nie spodziewasz, bo nie ma ono nic wspólnego z żeglarstwem. Gdzie masz tatuaż i dlaczego to nie jest kotwica?

 

[głośny śmiech] przecież to błędy młodości!

 

Dlaczego błędy? Proszę się tu spowiadać.

 

Mam taki jeden tatuaż, tam gdzie kończą się plecy jest nieduża kobra ale od razu mówię, że do zmodyfikowania [śmiech]. Od 10 lat staram się coś z tym zrobić, nigdy nie mam czasu i pomysłu. To był taki kaprys 18-latka. A kobra dlatego, że nie miałem innej koncepcji na tatuaż, a wtedy jeszcze nie wiedziałem, że kolejne 20 lat spędzę żeglując.

 

Czy chciałbyś dodać coś od siebie? Taka puenta żeglarska. Oczywiście nie zapominając o tym, że „najważniejsze to w odpowiedniej być załodze”.

 

Najważniejsze to czerpać z tego żeglarstwa – od ludzi, z którymi się pływa, z miejsc, w których się jest i nie poddawać się. Nie wolno zrażać się tym, że raz była brzydka pogoda, albo że raz spotkaliśmy nieuczciwego armatora, który próbował robić jakieś malutkie oszustwa. Żeglować trzeba przede wszystkim dla przyjemności, dla tego funu, o którym wcześniej mówiłem, a nie na siłę i nie z musu. Do momentu kiedy to bawi i cieszy, to naprawdę to kręci. Kiedy pływamy na zasadzie, że całe życie się to robiło albo zaczyna się w tym dostrzegać źródło dochodu i kończy się fun, to zabija bardzo dużo rzeczy związanych z żeglarstwem. Także chyba to.

 

P: Dziękuję Ci pięknie.

 

K: Uff, mamy to. Dziękuję.

 

 

Paulina Szczepankiewicz

manewrówka 2018

 Szkolenie na stopień jachtowego sternika morskiego (JSM).

 

Kurs kompleksowo przygotowuje do prowadzenia jachtów żaglowych do 18m po wodach morskich.received_1926404400734916

.

Szkolenie składa się z dwóch części:

- teoretycznej – seria wykładów oraz zajęć z nawigacji; odbywa się w Krakowie,
w Tawernie Stary Port w wyznaczone wtorki,

- praktycznej – tygodniowe manewry morskie w Kołobrzegu.

W obu częściach można uczestniczyć niezależnie.

 

Wszelkie niezbędne informacje zostaną podane podczas spotkania organizacyjnego, które odbędzie się  20.11.2018 w sali wykładowej mieszczącej się w Tawernie Stary Port  (wejście od ul. Jabłonowskich).

.

Jachty: Bavaria 36 i Cobra 41

 …..

Warunki dopuszczenia do egzaminu:

- ukończone 18 lat.

- odbycie co najmniej dwóch rejsów morskich w łącznym czasie co najmniej 200 godzin żeglugi.strona1

 .

Część praktyczna odbywa się w  Kołobrzegu.

- intensywne manewry portowe, ze szczególnym naciskiem
na manewry na silniku z użyciem boi/ dalby/ longside/ Y-bomu,

- manewry na żaglach,

- praca w załodze,

- planowanie wyjścia/wejścia do portu,

- żegluga i nawigacja w warunkach morskich,

-  poranne lub wieczorne wykłady, ograniczone do rzeczy najbardziej praktycznych, powtórka wiedzy z każdego działu: Nawigacja, Locja, Meteorologia, Wiadomości o jachtach, Ratownictwo, Sygnalizacja oraz ćwiczenia z nawigacji.

Ostatniego dnia egzamin przed komisją Akademii Morskiej.

 .

Część teoretyczna (oparta na skryptach sporządzonych przez Instruktorów Klubu):

- seria 9 wykładów tematycznych (2-4 godzin każdy),

- dodatkowe zajęcia praktyczne z nawigacji (jeden wybrany weekend)

 .

Informacje i zapisy: q.qba@interia.pl / 504 095 106

 ..

.

strona

                                Terminarz:

       20.11. 2018 – spotkanie organizacyjne

       11.2018 – 03.2019 – wykłady tematyczne oraz ćwiczenia z nawigacji

      18-25.05.2019 – szkolenie praktyczne, manewrówka w Kołobrzegu.

                                                                                          

 .

.

.

.

Cena:

Teoria: 150 zł

Praktyka: 1550 zł

.

Zapraszamy do zapoznania się z relacją Mateusza Płuciennika, jednego z uczestników szkolenia na Jachtowego Sternika Morskiego 2018 oraz do naszej galerii.

received_1929608580414498

              Piątek, jakoś przed 14:00, MOP Aleksandrowice. Jak na koniec kwietnia, pogoda typowo letnia, termometr wskazuje 25 stopni w cieniu, słońce grzeje,chmur na niebie brak. Aż trudno uwierzyć, w opowieści o śnieżnych porankach, deszczu
i zimnie, których doświadczyli zeszłoroczni kandydaci na sterników. Mimo wszystko, morze, ma swoje kaprysy, więc jesteśmy na każdą pogodę. Czekając na drugi samochód, obserwujemy ruch na lotnisku Balice. Docieramy po północy, zmęczeni po całym dniu podróży idziemy z bagażami na keję. Tam czekają na nas trzy jachty: dwie Bavaria Cruiser 36 oraz Cobra 41. Nam przypadła jedna z Bavarii, na razie jeszcze pusta, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych jachtów, na których spotykamy znajome twarze z wykładów. Idziemy się przywitać i chwilę porozmawiać. Pomimo wyczuwalnej ekscytacji nadchodzącym szkoleniem, szybko kładziemy się spać – zmęczenie bierze górę, a przed nami przecież wymagający tydzień!

manewrówka 2018

            Budzi nas gwar na kei, jest przed 8:00. To kolejni załoganci, ruszyli w nocy z Krakowa by dotrzeć do nas na śniadanie. Po kawie wypitej w porannym słońcu, przystępujemy do szkolenia. Pogoda nadal sprzyja, gdy Janek, nasz instruktor i kapitan na najbliższy tydzień zbiera załogę w kokpicie i zaczynamy od zapoznania się
z jachtem. Następnie przechodzimy do przeszkolenia z bezpieczeń-
stwa – dopasowujemy pasy pneumatyczne i uczymy się chodzić po jachcie używając wąsów – każdy z nas musi zrobić „okrążenie” będąc cały czas przypiętym do pokładu. Nie jest to proste, ale ta umiejętność przyda się jeszcze nie raz w trudnych warunkach! Gdy ostatni z naszej ósemki kończy „okrążenie”, zdejmujemy pasy i przechodzimy do przypomnienia, jak odbierać jacht od firmy czarterowej. Dobrze odebrany jacht, to podstawa udanego rejsu! Janek pokazuje nam na co zwrócić uwagę, o co zapytać armatora i przekazuje nam swoje doświadczenia z odbierania jachtów.

           Przez cały tydzień, każdą wolną chwilę wykorzystujemy na naukę. W oczekiwaniu na obiad przypominamy sobie węzły. Dochodzi 15:00, czas na wzmacniający posiłek. Chwila odpoczynku, kawa i zaczynamy manewry. Pierwsze odejście od kei robi Janek, wyprowadza łódź do basenu portowego opowiadając o tym, co nas dzisiaj czeka: będziemy wyczuwać jacht
i uczyć się, jak nim sterować. Zaczynamy od sprawdzenia skrętności śruby – na ochotnika zgłasza się Grzesiek, przejmuje ster, daje małą na przód i ster lewo na burt. Po zrobieniu pełnego obrotu zmieniamy kierunek – prawo na burt. Obserwujemy kilwater i na podstawie jego rozmiaru staramy się określić, w którą stronę jacht jest bardziej manewrowny. Oczywiście pojawiają się rozbieżne opinie, ale mamy jeszcze siedem takich prób przed nami. Po kolei, każdy robi dwa obroty: jeden
w lewo, drugi  w prawo. Różnice są niewielkie, ale stwierdzamy – nasza Bavaria lepiej skręca w lewo. Ta informacja przyda nam się później podczas manewrów. Przechodzimy do pierwszych prób parkowania, na razie „na sucho” celujemy rufą
w wybrane miejsce. Wybór, kto stoi za sterem szybko przechodzi z „na ochotnika” w kolejkę. Każdy z nas jest głodny wiedzy
i doświadczenia, żaden najchętniej steru by nie oddawał. Ustalamy kolejność, której trzymamy się już do końca tygodnia, pozbywając się nieuniknionych niesnasek. Pierwsze próby trafienia, tam gdzie zaplanowaliśmy kończą się z różnym skutkiem, raz wychodzi idealnie, a raz mijamy się o dobrych kilka metrów. Janek stara się nie ingerować za bardzo w nasze poczynania, byśmy sami zobaczyli, jakie efekty da wybrany przez nas sposób podejścia. Szybko uczymy się, że im więcej miejsca i czasu na manewr, tym lepiej.

            Po kilku kolejkach robienia „rufek”, kapitan zapoznaje nas z ważnym manewrem – człowiek za burtą. Każdy z nas zna go już z żagli, teraz przed nami manewr na silniku. Dodatkowe utrudnienie stanowią dwa pozostałe jachty i przepływające łodzie rybackie oraz promy – port przecież żyje swoim życiem. Zaczynamy od omówienia manewru i przypomnieniu komend. W tym czasie, jeden z nas przygotowuje tyczkę treningową i w pewnym momencie wyrzuca za burtę. Po pokazowym manewrze wykonanym przez Janka i podjęciu „człowieka” na pokład przychodzi nasza kolej. Robimy po kilka prób, Janek omawia z nami każdy manewr, wskazuje błędy, a my staramy się eliminować je w kolejnych podejściach.

            Coraz bardziej wyczuwamy manewrowość naszej Bavarii, czas więc na pierwsze parkowanie z prawdziwego zdarzenia! Rozpoczynamy naukę od podejścia longside. Kapitan instruuje nas, jak powinno ono książkowo wyglądać, przypomina niezbędne komendy. Przekazuje nam też zasadę, która będzie nam przyświecać do końca tygodnia, a najlepiej i do końca naszej przygody z żeglarstwem: manewr ma być przede wszystkim BEZPIECZNY, SKUTECZNY I ELEGANCKI! Mając tę maksy-
mę w pamięci, robimy pierwsze podejścia. Każdy manewr zaczynamy od wybrania miejsca parkowania, posiłkując się doświadczeniem Janka wybieramy najlepszy kurs i przechodzimy do wyznaczania zadań. Z początku mnogość komend sprawia, że języki nam się plączą, ale mamy cały tydzień manewrowania na trening. Po raz pierwszy możemy się poczuć jak prawdziwy skipper, załoga nas słucha  i wykonuje nasze polecenia. Gdy wszyscy są gotowi, rozpoczynamy podejście
i ponoManewrówka 2018wnie, wychodzi to nam raz lepiej, raz gorzej. Tu za duża prędkość, tam za mała, tu podejście pod zbyt małym kątem względem nabrzeża, a to za wcześnie rozpoczęte „doklejanie” do nabrzeża, a to za późno. Cały czas uczymy się jachtu, oswajamy z jego gabarytami i manewrowością. Do tego dochodzą błędy, jako załoganci. W końcu tego też, musimy się nauczyć! Podawanie odległości, odpowiednia praca na odbijaczach, desant na ląd, prawidłowe przygotowanie cum, zwłaszcza na odpowiedniej burcie! Tak, takie pomyłki też się zdarzały.

            Sprzyjająca pogoda sprawia, że manewry kończymy o zmierzchu. Załoga Conrada ćwiczy jeszcze podejścia
w y-bomach, a druga Bavarka wybrała się na zachód słońca na Bałtyk. Trochę zazdrościmy, ale wiemy, że i na to przyjdzie czas. Wpływamy do mariny jachtowej, pozostaje nam już tylko pierwsze parkowanie w y-bomie. Zaparkowani, otwieramy trap, poprawiamy cumy i dokładamy szpring, żeby nasza łódź była bezpieczna przez całą noc. Czas na kolację, zbieramy chętnych i idziemy do miasta na ciepły posiłek. Na chwilę wchodzimy na plażę, by po raz pierwszy podczas tego wyjazdu zobaczyć morze. Wieczór kończymy dosyć późno, w końcu wszystkie trzy załogi są na miejscu. Trzeba się z każdym przywitać, poznać niepoznanych i porozmawiać o wrażeniach z pierwszego dnia. W końcu idziemy spać, każdy ma z tyłu głowy to, że jutro trzeba być w pełni sił.

            Niedzielny poranek jest dla nas dosyć ciężki, niewyspanie daje się we znaki, ale trzeba działać. Na ratunek przychodzi nam kawa, kambuz o to zadbał. Każdy już obudzony, szybkie śniadanie i parę minut po dziewiątej rozpoczynamy manewry. Znów, odejście od y-bomu, płyniemy do basenu portowego. Zaczynamy od kilku „rufek”, potem „człowiek za burtą”
i longside. Trenujemy do 14:00. Idzie nam coraz lepiej, coraz mniej poprawek i kapitańskich uwag. Wracamy na obiad, po którym czeka nas nowość – parkowanie przy y-bomie. Co prawda, pierwsze było wczoraj, ale tylko jeden kolega dostąpił tego „zaszczytu”. Dzisiaj cała ekipa przetrenuje wpływanie zarówno dziobem, jak i rufą. Kolejną nowością jest wiatr. Poprzednio zawsze staraliśmy się wykorzystywać wiatr dopychający, który „doklejał” zawietrzną burtę do kei, dzięki czemu mogliśmy manewrować z większym zapasem. Teraz przed nami następne wyzwanie, wiatr odpychający, który wiąże się
z ciaśniejszym manewrem, wymagający od nas większego skupienia i precyzji. W końcu błąd może się skończyć wylądowaniem na drugim jachcie! Do tego, zbyt odległe podejście do y-bomu utrudni życie destanowi, albo nawet je całkowicie uniemożliwi i manewr trzeba będzie powtarzać. Na szczęście, jesteśmy w Kołobrzegu przed sezonem, dzięki czemu miejsca mamy aż nadto. Po serii wzlotów i upadków, parkowań w ciasnych miejscach i tych bardziej dostępnych kończymy dzień ponownie z zachodem słońca. Prawie 10 godzin manewrów jachtem morskim połączone z niewyspaniem daje się we znaki. Po kolacji wracamy na pokład i bierzemy się za teorię. Przypominamy sobie oznaczenia świetlne statków, flagi MKS i wiele innych. Dzisiaj już grzecznie, kładziemy się niewiele po północy.

            Kolejne dni upływają nam na manewrowaniu w porcie, od rana do wieczora ćwiczymy longside, rufy, y-bomy, wieczorami powtarzamy teorię i nawigację. Robimy tylko krótką przerwę na obiad, który lepiej zjeść, by mieć siłę dotrwać do wieczora! Teraz  manewry robimy seriami, każdy przejmując ster, ma do wykonania po kolei 2-3 manewry. Powtarzamy je do skutku, aż wszystko zagra w myśl jankowej zasady BSE. Parkowania urozmaicamy sobie wyrzucając w ich trakcie „człowieka” za burtę. Zaczynamy kombinować, utrudniać sobie manewry, podchodząc z wiatrem, wyobrażamy sobie, że port jest pełny
i musimy zaparkować w bardzo ciasnym miejscu, na styk. Błędów coraz mniej, Janek coraz bardziej wyluzowany. Widzi, że nasza pewność za sterem rośnie. Mamy już wtorek, w pewnym momencie Janek schodzi na nabrzeże, niby pod pretekstem rozmowy z drugim instruktorem. Mamy klar na cumach i odbijaczach, desant na pokładzie, „nowy” sternik za sterem, wszystko gotowe do odejścia. Czekamy tylko na jego powrót, gdy słyszymy:

  • No, nie stójcie tak, jeździmy dalej.
  • A Ty? – pytamy zgodnie chórem.
  • Co ja? Ja to już umiem! No, pływamy. Odchodzicie i wracacie w to samo miejsce. Pamiętajcie, ma być BEZPIECZENIE, SKUTECZNIE I ELEGANCKO. Będę miał Was na oku! – słyszymy w odpowiedzi.

            Pojawia się lekki stres, pierwsze odejście i podejście bez instruktora na pokładzie? No, ale przecież od 4 dni pływamy sami, Janek tylko nas koryguje i w razie czego ratuje sytuację. Daje nam uczyć się na błędach. Co może pójść nie tak?!
Za sterem znów Grzesiek, najbardziej doświadczony z nas, Mazury to jego drugi dom. Odpływamy bez problemów, robimy nawrót i podchodzimy ponownie. Poszło jak po maśle! Daje nam to pewność siebie. Baczne oko Janka ocenia nas z brzegu. Po manewrze dzieli się z nami swoimi uwagami, mimo wszystko znajduje kilka rzeczy do poprawy, w końcu ma być również ELEGANCKO! Dla nas wszystkich to dobry test, musimy być załogą, która współpracuje. Każdy stara się pomóc. Wprowadza to trochę chaosu, ale tylko na początku. Zdobywamy zaufanie i zaczynamy zwracać więszką uwagę na własne błędy. Te parę dni dało nam pogląd na to, w czym kto się sprawdza najlepiej, dlatego nie dobieramy już losowo zadań dla załogi, aczkolwiek zachowujemy rotację na stanowiskach.

            Po wtorkowym obiedzie kapitan decyduje, że teraz pływamy na żaglach. W końcu! Morze! Wracamy do basenu portowego, ładnie się rozwiało, więc zakładamy drugi ref, dajemy mniej foka i wychodzimy za główki portu. Ale frajda!
Są przechyły, wiatr we włosach, szum wody i żadnego jachtu w zasięgu wzroku. Pozostałe jednostki ćwiczą y-bomy. Bavaria okazuje się bardzo zwrotna, daje masę przyjemności z prowadzenia, ale też dużą pewność i stabilność.

 Manewrówka 2018           W końcu przepowiednie instruktorów się sprawdzają, następnego ranka budzi nas deszcz. Prognozy zapowiadają, że po obiedzie się wypogodzi. Przed nami decyzja: pływamy w ciężkiej pogodzie i ryzykujemy chorobę czy ćwiczymy teorię i nawigację. Tydzień chyli się ku końcowi, jutro po obiedzie czeka nas egzamin teoretyczny, więc podejmujemy decyzję o wspólnej pracy z mapami. Zbieramy chętnych i w salce udostępnionej przez marinę bierzemy się za nawigację. Kliku z nas, lepiej obeznanych z tematem  doszkala pozostałych. Zawsze też możemy liczyć na wiedzę kapitanów.
Do obiadu wszyscy znają kilka sposobów na każde zadanie. Korzystając z poprawy pogody, po obiedzie wracamy do praktyki. Mimo wszystko, jest zimno, mamy więc namiastkę tego, co było w zeszłym roku. Ubrani we wszystko, co ciepłe przystępujemy do manewrów na żaglach w rejonie obrotnicy. Sprawiająca na początku wyjątkowo ciasne miejsce od manewrowania jachtem morskim, po kilku udanych manewrach okazuje się doskonałą okazją, do ćwiczenia sprawnych
i ciasnych zwrotów. Do wieczora zdążyliśmy konkretnie wymarznąć, termos z gorącą herbatą okazał się nieocenioną pomocą, ale w końcu nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo.

            Dzień egzaminu teoretycznego przebiegł typowo – od rana szlifujemy manewry. W końcu jednak przychodzi czas na wykazanie się wiedzą. Pozostawiamy nasze jachty i udajemy się do miejsca, gdzie odbywać się będzie egzamin. Jeszcze tylko ostatni papieros, ostatnie uwagi co do zadań i wchodzimy na salę. Poznajemy naszych egzaminatorów, dziś ocenią naszą wiedzę, jutro zobaczą co potrafimy. Mamy dwie godziny na całość, najpierw test, potem zadanie nawigacyjne. Na wyniki oczekujemy w poczuciu lekkiej niepewności. Nareszcie są! Zadowoleni wracamy do mariny, trzeba się wyspać, jutro druga część.

            Piątek – ostatni dzień ,który pokaże, kto sumiennie przepracował cały tydzień i kto potrafi radzić sobie z nerwami. Kadra Szkwału robiła co mogła, przekazując nam całą swoją wiedzę, teraz czas na nas by się wykazać. Po porannych manewrach na kei pojawiają się egzaminatorzy. Każdy z nich będzie z pokładu oceniał pracę zarówno sternika, jak i załogi. Na nasz pokład trafia Maciek Wicik. Nie dokłada nam stresu, od wejścia wprowadzając luźną atmosferę. Zaczynamy! Przed każdym z nas seria manewrów. Ćwiczyliśmy to podczas szkolenia pod opieką najlepszych instruktorów, więc egzamin idzie jak z płatka! Po południu spotykamy się wszyscy na kei, na wręczeniu dyplomów potwierdzających pozytywny wynik egzaminu. Żegnamy egzaminatorów i wracamy na pokład. Pogoda znów jest dla nas łaskawa, więc w nagrodę wypływamy na Bałtyk! Przed nami trochę żeglowania i piękny zachód słońca.manewrówka 2018

            To był owocny czas! Nie tylko ze względu na zdobyte umiejętności, ale również ze względu na poznanych ludzi. Tydzień na jachcie potrafi powiedzieć o człowieku bardzo wiele. Każdy z nas
z Kołobrzegu wyniósł nie tylko bagaż doświadczeń, ale i nowe przyjaźnie, kontakty czy kompanów do wspólnych rejsów. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie świetna atmosfera, którą udało się wytworzyć każdemu z kapitanów. Pod koniec tygodnia można było odnieść wrażenie, że z pozostałymi członkami załogi znamy się od lat, a nie kilku dni. W to piątkowe popołudnie nie tylko uzyskaliśmy szersze niż dotychczas uprawnienia, ale i stanęliśmy na początku nowej, pełnej przygód i wyzwań drogi!

 

 

Autor: Mateusz Płuciennik

Korekta: Paulina Szczepankiewicz