Karaiby

Paweł „Wawrzor” Wawrzyczek – człowiek orkiestra i to dosłownie. Zagra na każdym instrumencie do tego, jak sam mówi zaśpiewa i zatańczy. Instruktor, wykładowca i kapitan MKM Szkwał. Trudne rzeczy w locji i nawigacji dla niego nie istnieją. Obecnie wraz z żoną Asią i dziećmi odkrywa zalety rodzinnego pływania. Śpiewająco zachęcamy do przeczytania rozmowy.

 

Paulina Szczepankiewicz: Zacznijmy może od samego początku. Opowiedz o swojej drodze żeglarskiej.

Paweł Wawrzyczek: Moja droga żeglarska rozpoczęła się tak trochę przypadkiem. Zacząłem w dzieciństwie jeździć na dwutygodniowe obozy żeglarskie na Jezioraka. Tak sobie jeździłem przez 10 lat, zupełnie nie myśląc o jakimś patencie.
Co ciekawe w tych obozach uczestniczyły osoby niewidome i świetnie sobie dawały radę. Przez siedem lat jeździłem jako uczestnik, a potem wkręciłem się jako instruktor i przez trzy lata ja prowadziłem jedną z załóg. Potem niechcący spotkałem Sepielaka [przyp. red. Jakub Sepielak] na Bagrach.

 

Jeziorak_2004_2

 

Twój szczęśliwy dzień.

Tak, mój szczęśliwy dzień [śmiech]. Oczywiście Sepielak mnie zagadał, jak on to potrafi, prawda? Od tego momentu zaczęliśmy współpracę. Zrobiłem najpierw tutaj sternika i zaczęły się jakieś szkolenia, instruktorskie zabawy, pierwsze kapitańskie sprawy. Wtedy ruszyło, że tak powiem.

.

.

Właśnie, opowiedz o swojej pasji instruktorskiej. Jak czujesz się w roli nauczyciela?

Akurat bardzo dobrze się czuję, bo ja bardzo lubię pracować z ludźmi i coś opowiadać, pokazywać. Zresztą cieszy mnie przygotowywanie prezentacji, czy miłe słowa po wykładzie, że się podobało. To mnie nakręca. A zaczęło się to tak,
że rozpoczęliśmy kurs żeglarza, ja kilka wykładów poprowadziłem, coś poszkoliłem na jachcie i na tyle mi się to spodobało, że stwierdziłem, że fajna sprawa i zacząłem robić kursy instruktorskie. Potem ruszyły szkolenia na sternika i do tej pory opiekuję się moimi ulubionymi tematami, które są mi bliskie. Przepisy, światełka, trudne rzeczy, które można w przystępny sposób przedstawić. Wiesz, tak żeby to można było zrozumieć prosto i konkretnie.

.   

Akurat tak się składa, że byłam z Tobą na rejsie i wiem, że jesteś mistrzem budowania atmosfery. Nabyłeś tę umiejętność, czy jest ona całkowicie naturalna?

Myślę, że to jakoś samo przyszło. W ogóle ja jestem jedynakiem, więc zawsze szukałem jakiegoś kontaktu z ludźmi i chyba po prostu tak mam, że lubię poznawać innych i spędzać z nimi czas. Poza tym cieszę się jak coś się dzieje, nie jest nudno. Lubię być w centrum uwagi, więc zawsze zagaduje albo coś wymyślę. Wiesz – podskoczę, zatańczę, zaśpiewam. Tak, to jest dla mnie naturalne. Zresztą na co dzień zarządzam projektami, kontaktuję się z zespołami, więc to jest też część mojej pracy. Muszę się tak zachowywać i to mi chyba zostało.

Sifu

.   

A widziałbyś się w roli takiego pełnoetatowego szkoleniowca. Rzucić swoją dotychczasową pracę i zająć się tylko szkoleniami żeglarskimi?

Myślałem o tym, natomiast trzymają mnie dwie sprawy. Po pierwsze, to jest niestabilny rynek. W jednym roku może być dobrze, a w drugim może być różnie. A moja dotychczasowa praca jest stabilna, więc szkolenia traktuję jako hobby. Kolejna sprawa – słyszałem, że jak się to zaczyna robić zawodowo, to za chwilę już Ci się to przejada. Zamiast się cieszyć z tego, że się jedzie na jakieś szkolenie, czy rejs to zaczyna się traktować tych ludzi jako klientów. Przyjeżdżają
a najlepiej, żeby zaraz wyjechali. Także, póki jest to takie moje hobby, to sprawia mi to radość.

 .   

Żagli nie chcesz łączyć z pracą, co innego z życiem prywatnym. Twoja żona też żegluje, prawda?

Tak. W ogóle to my się poznaliśmy w Szkwale, na jednym z rejsów. To było [chwila zadumy] 11-12 lat temu [śmiech], 2007, może 2008 – coś koło tego. Byliśmy razem na rejsie, zaczęliśmy rozmawiać i tak już zostało. Asia była wcześniej w Szkwale, już kilka lat. Potem ja się pojawiłem i od tej pory trzymamy się tych żagli. Żeglujemy wspólnie, teraz jeszcze z dziećmi, więc wszystko kręci się wokół tego, żeby z tego żeglowania nie rezygnować.

.

Sporo się zmieniło odkąd masz rodzinę? Ogranicza ona Twoje plany rejsowe, ciężej wszystko dograć?

Ciężej logistycznie, to na pewno. To jest tak, że jak są małe dzieci, to we dwójkę trudno jest się wyrwać, jedno z nas musi zostać. Parę ostatnich lat wyglądało tak, że albo Asia jeździła albo ja. Dopiero od zeszłego roku zdecydowaliśmy się zabrać dzieci na łódkę. W tym roku kontynuujemy i już są troszeczkę oswojeni z tą atmosferą – że jest woda, że coś buja i już się tego nie boją. Poza tym trzeba to dużo wcześniej zaplanować. Też o innych rzeczach się myśli kiedy się pływa z dziećmi, niż jak się pływa samemu. Na pewno jest ciężej logistycznie, ale da się to zrobić. Dzieci rosną więc będzie coraz łatwiej.

.

Dzieciom podoba się żeglarstwo? Chciałbyś żeby zostały żeglarzami?

Pewnie, że bym chciał [śmiech]. Na pewno im się podoba. Jak im mówię, że za chwilę będziemy na łódce, to się cieszą. Młody bierze mi telefon i przegląda zdjęcia z zeszłego roku. Szczególnie podobają mu się te za sterem i w kamizelce. Szuka po domu wtedy swojej kamizelki i od razu ją zakłada. Dzieciaki lubią nowe miejsca, to coś innego niż zwykły wyjazd.

Zaręczyny

.

Chciałbyś opowiedzieć o swoich zaręczynach? Niech nikogo to nie zmyli, bo dalej pozostajemy, w temacie żagli. Zaręczyny też miały miejsce na morzu.

[śmiech] Chętnie opowiem. Też były na łódce i też ze Szkwałem.
To w ogóle była ciekawa historia. Płynęliśmy wtedy do Kopenhagi. Przygotowane były fajerwerki, muzyka, szampan. Ja się z naszym Komandorem Jakubem umówiłem, że zwabimy Asię na pokład
w środku nocy, odpalimy fajerwerki i oczywiście ja wyskoczę
z pierścionkiem, potem poleje się szampan i będziemy bawić się do rana. Natomiast plan z fajerwerkami w nocy nie wypalił, bo baliśmy się, że jakaś straż przybrzeżna przypłynie nas ratować, więc w okolicach szóstej rano Kuba nas wysłał na dziób, że niby żagiel trzeba poprawić. Oczywiście nie trzeba było go poprawiać, natomiast Asia nie zwróciła na to uwagi, bo dopiero co została z łóżka wyciągnięta, więc jeszcze była oszołomiona. Wtedy ja uklęknąłem na jedno kolano, a moja przyszła małżonka stwierdziła, że się wywaliłem, więc trzeba mi pomóc. Z kolei ja się modliłem, żeby tego pierścionka nie upuścić, bo dość dobrze bujało, więc powiedziałem szybko, co trzeba było powiedzieć,  oświadczyny zostały przyjęte i zaczęliśmy świętowanie, już z tymi fajerwerkami. Natomiast z innej strony historia jest taka, że płynęła z nami wtedy druga łódka, na której jeden z naszych kolegów wiedział, co będzie się działo. Aczkolwiek zapomniał, że miał poinformować o tym kapitana tamtego jachtu. Jak zobaczyli zielone, czerwone i białe kule wylatujące od nas zaczęli do nas dzwonić. Muzyka dosyć głośno grała, więc nie słyszeliśmy. Grzesiu Sieńczak, który był tam wtedy oficerem dwie godziny nas obserwował, czy przypadkiem nie toniemy i do tej pory ma do nas o to pretensje [śmiech]. Było wesoło.

To jest Twój ulubiony rejs, czy masz jakiś inny, który szczególnie zapadł Ci w pamięć?

Fajnych rejsów było tutaj naprawdę sporo. Na pewno bardzo dobrze wspominam rejs na Karaiby w lutym, też z Asią. Udało nam się wyrwać razem. To był też ciekawy rejs o tyle, że dowiedzieliśmy się tam, że będziemy mieli pierwsze dziecko. Była taka sytuacja, że Asia stwierdziła, że się dziwnie czuje i trzeba to sprawdzić. Na jakiejś wyspie, gdzie były tylko domki
z bambusa wysłała mnie po test ciążowy. Raczej nie spodziewałem się, że go kupię. Gdzie niby miałbym tam znaleźć aptekę? Okazało się, że apteka była i był też test. Wszystko się potwierdziło. Robiłem wtedy grilla z tej okazji, którego do końca nie pamiętam.

.

Czyli wszystkie ważne dla Ciebie chwile łączysz z żaglami?

Tak, na to wygląda.

.

Masz jeszcze jakieś żeglarskie marzenie, czy już wszystkie zrealizowałeś?

Nie, jeszcze nie. Mam takie żeglarskie marzenie, żeby kiedyś kupić taką dużą łódkę, na której będzie można chwilę zamieszkać. Miejsce, gdzie można się urwać i popływać. Razem z Asią o tym myślimy, niewykluczone, że to taki pomysł na emeryturę, żeby nie siedzieć w domu i nie zastanawiać się co dalej tylko wsiąść na łódkę i coś jeszcze zobaczyć.

.

Region wybrany?

Pewnie. Cały świat.

[oboje śmiech]

 .

Chcesz wymienić swoje autorytety żeglarskie? Na kimś się wzorujesz, kogoś podpatrujesz albo podpatrywałeś?

Na pewno pierwszym człowiekiem, który mnie do tego szczególnie zaraził był Kuba Sepielak. To on pokazał mi, że można się bawić na żaglach. Także dla niego wielkie podziękowania, że gdzieś mnie tutaj wkręcił. Natomiast też dużo czasu spędziłem, czy to na szkoleniach, czy egzaminach ze Sławkiem Wójtowiczem, który z jednej strony jest człowiekiem trzeźwo na wszystko patrzącym, z takim dużym spokojem. Ma ogromną wiedzę i dzieli się nią bardzo chętnie z innymi. Z drugiej pokazuje, że można na luzie, ale ciągle bezpiecznie i skutecznie. Potrafi to połączyć z fajną zabawą. Jak widać autorytety, zbieram raczej lokalnie.

 .

Cykl tych wywiadów ma w sobie również jeden haczyk. Opowiedz o sobie coś, o czym nikt nie wie albo przynajmniej mało osób wie.

W mojej naturze leży to, że dużo gadam, więc wszystko co mogłem, to już opowiedziałem.

 .

Ostatnie słowo. ChciałbyChorwacja 2017ś coś dopowiedzieć?

Chyba nie. Chociaż mam nadzieję, że Szkwał będzie dalej kwitł. Znowu zrobi się jakaś fajna paczka ludzi, która będzie mogła się spotkać, pogadać, wypić piwo, pomarzyć o dalekich rejsach i je realizować.

.

Z Tobą i Twoją rodziną włącznie oczywiście?

Oczywiście. Ja chętnie zagram, zaśpiewam, napije się rumu, także jestem do dyspozycji [śmiech].

 .

Tak już poza przygotowanymi pytaniami. Jak to jest z tym Twoim graniem? Lubisz szanty, czy to takie zło konieczne żeglowania?

Lubię szanty, chociaż odkąd pracowałem przy festiwalu Shanties sześć lat z rzędu to trochę mi się to osłuchało, ale teraz odkąd mam troszeczkę przerwy to wracam do tej muzyki. Lubię słuchać szant, lubię je śpiewać. Chodziłem do szkoły muzycznej, gram na różnych instrumentach np. na akordeonie i fortepianie.
A z gitarą zaczęło się tak, że w okolicach liceum, jak tylko skończyłem szkołę muzyczną, to akordeon odstawiłem, jak to po szkole muzycznej [śmiech]. Zapragnąłem czegoś nowego, dlatego kupiłem sobie gitarę i tak to trwa do dzisiaj. Chwilę, na początku w mękach, poświęciłem na naukę, ale gram już z 15 lat. Znalazło się środowisko, które chętnie pośpiewa szanty czy inne piosenki, więc i ja chętniej gram.

 .

To jest Twoja magiczna broń w budowaniu atmosfery na jachcie!

No pewnie!

 .

Bardzo Ci dziękuję.

Dzięki wielkie.