received_1929608580414498

              Piątek, jakoś przed 14:00, MOP Aleksandrowice. Jak na koniec kwietnia, pogoda typowo letnia, termometr wskazuje 25 stopni w cieniu, słońce grzeje,chmur na niebie brak. Aż trudno uwierzyć, w opowieści o śnieżnych porankach, deszczu
i zimnie, których doświadczyli zeszłoroczni kandydaci na sterników. Mimo wszystko, morze, ma swoje kaprysy, więc jesteśmy na każdą pogodę. Czekając na drugi samochód, obserwujemy ruch na lotnisku Balice. Docieramy po północy, zmęczeni po całym dniu podróży idziemy z bagażami na keję. Tam czekają na nas trzy jachty: dwie Bavaria Cruiser 36 oraz Cobra 41. Nam przypadła jedna z Bavarii, na razie jeszcze pusta, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych jachtów, na których spotykamy znajome twarze z wykładów. Idziemy się przywitać i chwilę porozmawiać. Pomimo wyczuwalnej ekscytacji nadchodzącym szkoleniem, szybko kładziemy się spać – zmęczenie bierze górę, a przed nami przecież wymagający tydzień!

manewrówka 2018

            Budzi nas gwar na kei, jest przed 8:00. To kolejni załoganci, ruszyli w nocy z Krakowa by dotrzeć do nas na śniadanie. Po kawie wypitej w porannym słońcu, przystępujemy do szkolenia. Pogoda nadal sprzyja, gdy Janek, nasz instruktor i kapitan na najbliższy tydzień zbiera załogę w kokpicie i zaczynamy od zapoznania się
z jachtem. Następnie przechodzimy do przeszkolenia z bezpieczeń-
stwa – dopasowujemy pasy pneumatyczne i uczymy się chodzić po jachcie używając wąsów – każdy z nas musi zrobić „okrążenie” będąc cały czas przypiętym do pokładu. Nie jest to proste, ale ta umiejętność przyda się jeszcze nie raz w trudnych warunkach! Gdy ostatni z naszej ósemki kończy „okrążenie”, zdejmujemy pasy i przechodzimy do przypomnienia, jak odbierać jacht od firmy czarterowej. Dobrze odebrany jacht, to podstawa udanego rejsu! Janek pokazuje nam na co zwrócić uwagę, o co zapytać armatora i przekazuje nam swoje doświadczenia z odbierania jachtów.

           Przez cały tydzień, każdą wolną chwilę wykorzystujemy na naukę. W oczekiwaniu na obiad przypominamy sobie węzły. Dochodzi 15:00, czas na wzmacniający posiłek. Chwila odpoczynku, kawa i zaczynamy manewry. Pierwsze odejście od kei robi Janek, wyprowadza łódź do basenu portowego opowiadając o tym, co nas dzisiaj czeka: będziemy wyczuwać jacht
i uczyć się, jak nim sterować. Zaczynamy od sprawdzenia skrętności śruby – na ochotnika zgłasza się Grzesiek, przejmuje ster, daje małą na przód i ster lewo na burt. Po zrobieniu pełnego obrotu zmieniamy kierunek – prawo na burt. Obserwujemy kilwater i na podstawie jego rozmiaru staramy się określić, w którą stronę jacht jest bardziej manewrowny. Oczywiście pojawiają się rozbieżne opinie, ale mamy jeszcze siedem takich prób przed nami. Po kolei, każdy robi dwa obroty: jeden
w lewo, drugi  w prawo. Różnice są niewielkie, ale stwierdzamy – nasza Bavaria lepiej skręca w lewo. Ta informacja przyda nam się później podczas manewrów. Przechodzimy do pierwszych prób parkowania, na razie „na sucho” celujemy rufą
w wybrane miejsce. Wybór, kto stoi za sterem szybko przechodzi z „na ochotnika” w kolejkę. Każdy z nas jest głodny wiedzy
i doświadczenia, żaden najchętniej steru by nie oddawał. Ustalamy kolejność, której trzymamy się już do końca tygodnia, pozbywając się nieuniknionych niesnasek. Pierwsze próby trafienia, tam gdzie zaplanowaliśmy kończą się z różnym skutkiem, raz wychodzi idealnie, a raz mijamy się o dobrych kilka metrów. Janek stara się nie ingerować za bardzo w nasze poczynania, byśmy sami zobaczyli, jakie efekty da wybrany przez nas sposób podejścia. Szybko uczymy się, że im więcej miejsca i czasu na manewr, tym lepiej.

            Po kilku kolejkach robienia „rufek”, kapitan zapoznaje nas z ważnym manewrem – człowiek za burtą. Każdy z nas zna go już z żagli, teraz przed nami manewr na silniku. Dodatkowe utrudnienie stanowią dwa pozostałe jachty i przepływające łodzie rybackie oraz promy – port przecież żyje swoim życiem. Zaczynamy od omówienia manewru i przypomnieniu komend. W tym czasie, jeden z nas przygotowuje tyczkę treningową i w pewnym momencie wyrzuca za burtę. Po pokazowym manewrze wykonanym przez Janka i podjęciu „człowieka” na pokład przychodzi nasza kolej. Robimy po kilka prób, Janek omawia z nami każdy manewr, wskazuje błędy, a my staramy się eliminować je w kolejnych podejściach.

            Coraz bardziej wyczuwamy manewrowość naszej Bavarii, czas więc na pierwsze parkowanie z prawdziwego zdarzenia! Rozpoczynamy naukę od podejścia longside. Kapitan instruuje nas, jak powinno ono książkowo wyglądać, przypomina niezbędne komendy. Przekazuje nam też zasadę, która będzie nam przyświecać do końca tygodnia, a najlepiej i do końca naszej przygody z żeglarstwem: manewr ma być przede wszystkim BEZPIECZNY, SKUTECZNY I ELEGANCKI! Mając tę maksy-
mę w pamięci, robimy pierwsze podejścia. Każdy manewr zaczynamy od wybrania miejsca parkowania, posiłkując się doświadczeniem Janka wybieramy najlepszy kurs i przechodzimy do wyznaczania zadań. Z początku mnogość komend sprawia, że języki nam się plączą, ale mamy cały tydzień manewrowania na trening. Po raz pierwszy możemy się poczuć jak prawdziwy skipper, załoga nas słucha  i wykonuje nasze polecenia. Gdy wszyscy są gotowi, rozpoczynamy podejście
i ponoManewrówka 2018wnie, wychodzi to nam raz lepiej, raz gorzej. Tu za duża prędkość, tam za mała, tu podejście pod zbyt małym kątem względem nabrzeża, a to za wcześnie rozpoczęte „doklejanie” do nabrzeża, a to za późno. Cały czas uczymy się jachtu, oswajamy z jego gabarytami i manewrowością. Do tego dochodzą błędy, jako załoganci. W końcu tego też, musimy się nauczyć! Podawanie odległości, odpowiednia praca na odbijaczach, desant na ląd, prawidłowe przygotowanie cum, zwłaszcza na odpowiedniej burcie! Tak, takie pomyłki też się zdarzały.

            Sprzyjająca pogoda sprawia, że manewry kończymy o zmierzchu. Załoga Conrada ćwiczy jeszcze podejścia
w y-bomach, a druga Bavarka wybrała się na zachód słońca na Bałtyk. Trochę zazdrościmy, ale wiemy, że i na to przyjdzie czas. Wpływamy do mariny jachtowej, pozostaje nam już tylko pierwsze parkowanie w y-bomie. Zaparkowani, otwieramy trap, poprawiamy cumy i dokładamy szpring, żeby nasza łódź była bezpieczna przez całą noc. Czas na kolację, zbieramy chętnych i idziemy do miasta na ciepły posiłek. Na chwilę wchodzimy na plażę, by po raz pierwszy podczas tego wyjazdu zobaczyć morze. Wieczór kończymy dosyć późno, w końcu wszystkie trzy załogi są na miejscu. Trzeba się z każdym przywitać, poznać niepoznanych i porozmawiać o wrażeniach z pierwszego dnia. W końcu idziemy spać, każdy ma z tyłu głowy to, że jutro trzeba być w pełni sił.

            Niedzielny poranek jest dla nas dosyć ciężki, niewyspanie daje się we znaki, ale trzeba działać. Na ratunek przychodzi nam kawa, kambuz o to zadbał. Każdy już obudzony, szybkie śniadanie i parę minut po dziewiątej rozpoczynamy manewry. Znów, odejście od y-bomu, płyniemy do basenu portowego. Zaczynamy od kilku „rufek”, potem „człowiek za burtą”
i longside. Trenujemy do 14:00. Idzie nam coraz lepiej, coraz mniej poprawek i kapitańskich uwag. Wracamy na obiad, po którym czeka nas nowość – parkowanie przy y-bomie. Co prawda, pierwsze było wczoraj, ale tylko jeden kolega dostąpił tego „zaszczytu”. Dzisiaj cała ekipa przetrenuje wpływanie zarówno dziobem, jak i rufą. Kolejną nowością jest wiatr. Poprzednio zawsze staraliśmy się wykorzystywać wiatr dopychający, który „doklejał” zawietrzną burtę do kei, dzięki czemu mogliśmy manewrować z większym zapasem. Teraz przed nami następne wyzwanie, wiatr odpychający, który wiąże się
z ciaśniejszym manewrem, wymagający od nas większego skupienia i precyzji. W końcu błąd może się skończyć wylądowaniem na drugim jachcie! Do tego, zbyt odległe podejście do y-bomu utrudni życie destanowi, albo nawet je całkowicie uniemożliwi i manewr trzeba będzie powtarzać. Na szczęście, jesteśmy w Kołobrzegu przed sezonem, dzięki czemu miejsca mamy aż nadto. Po serii wzlotów i upadków, parkowań w ciasnych miejscach i tych bardziej dostępnych kończymy dzień ponownie z zachodem słońca. Prawie 10 godzin manewrów jachtem morskim połączone z niewyspaniem daje się we znaki. Po kolacji wracamy na pokład i bierzemy się za teorię. Przypominamy sobie oznaczenia świetlne statków, flagi MKS i wiele innych. Dzisiaj już grzecznie, kładziemy się niewiele po północy.

            Kolejne dni upływają nam na manewrowaniu w porcie, od rana do wieczora ćwiczymy longside, rufy, y-bomy, wieczorami powtarzamy teorię i nawigację. Robimy tylko krótką przerwę na obiad, który lepiej zjeść, by mieć siłę dotrwać do wieczora! Teraz  manewry robimy seriami, każdy przejmując ster, ma do wykonania po kolei 2-3 manewry. Powtarzamy je do skutku, aż wszystko zagra w myśl jankowej zasady BSE. Parkowania urozmaicamy sobie wyrzucając w ich trakcie „człowieka” za burtę. Zaczynamy kombinować, utrudniać sobie manewry, podchodząc z wiatrem, wyobrażamy sobie, że port jest pełny
i musimy zaparkować w bardzo ciasnym miejscu, na styk. Błędów coraz mniej, Janek coraz bardziej wyluzowany. Widzi, że nasza pewność za sterem rośnie. Mamy już wtorek, w pewnym momencie Janek schodzi na nabrzeże, niby pod pretekstem rozmowy z drugim instruktorem. Mamy klar na cumach i odbijaczach, desant na pokładzie, „nowy” sternik za sterem, wszystko gotowe do odejścia. Czekamy tylko na jego powrót, gdy słyszymy:

  • No, nie stójcie tak, jeździmy dalej.
  • A Ty? – pytamy zgodnie chórem.
  • Co ja? Ja to już umiem! No, pływamy. Odchodzicie i wracacie w to samo miejsce. Pamiętajcie, ma być BEZPIECZENIE, SKUTECZNIE I ELEGANCKO. Będę miał Was na oku! – słyszymy w odpowiedzi.

            Pojawia się lekki stres, pierwsze odejście i podejście bez instruktora na pokładzie? No, ale przecież od 4 dni pływamy sami, Janek tylko nas koryguje i w razie czego ratuje sytuację. Daje nam uczyć się na błędach. Co może pójść nie tak?!
Za sterem znów Grzesiek, najbardziej doświadczony z nas, Mazury to jego drugi dom. Odpływamy bez problemów, robimy nawrót i podchodzimy ponownie. Poszło jak po maśle! Daje nam to pewność siebie. Baczne oko Janka ocenia nas z brzegu. Po manewrze dzieli się z nami swoimi uwagami, mimo wszystko znajduje kilka rzeczy do poprawy, w końcu ma być również ELEGANCKO! Dla nas wszystkich to dobry test, musimy być załogą, która współpracuje. Każdy stara się pomóc. Wprowadza to trochę chaosu, ale tylko na początku. Zdobywamy zaufanie i zaczynamy zwracać więszką uwagę na własne błędy. Te parę dni dało nam pogląd na to, w czym kto się sprawdza najlepiej, dlatego nie dobieramy już losowo zadań dla załogi, aczkolwiek zachowujemy rotację na stanowiskach.

            Po wtorkowym obiedzie kapitan decyduje, że teraz pływamy na żaglach. W końcu! Morze! Wracamy do basenu portowego, ładnie się rozwiało, więc zakładamy drugi ref, dajemy mniej foka i wychodzimy za główki portu. Ale frajda!
Są przechyły, wiatr we włosach, szum wody i żadnego jachtu w zasięgu wzroku. Pozostałe jednostki ćwiczą y-bomy. Bavaria okazuje się bardzo zwrotna, daje masę przyjemności z prowadzenia, ale też dużą pewność i stabilność.

 Manewrówka 2018           W końcu przepowiednie instruktorów się sprawdzają, następnego ranka budzi nas deszcz. Prognozy zapowiadają, że po obiedzie się wypogodzi. Przed nami decyzja: pływamy w ciężkiej pogodzie i ryzykujemy chorobę czy ćwiczymy teorię i nawigację. Tydzień chyli się ku końcowi, jutro po obiedzie czeka nas egzamin teoretyczny, więc podejmujemy decyzję o wspólnej pracy z mapami. Zbieramy chętnych i w salce udostępnionej przez marinę bierzemy się za nawigację. Kliku z nas, lepiej obeznanych z tematem  doszkala pozostałych. Zawsze też możemy liczyć na wiedzę kapitanów.
Do obiadu wszyscy znają kilka sposobów na każde zadanie. Korzystając z poprawy pogody, po obiedzie wracamy do praktyki. Mimo wszystko, jest zimno, mamy więc namiastkę tego, co było w zeszłym roku. Ubrani we wszystko, co ciepłe przystępujemy do manewrów na żaglach w rejonie obrotnicy. Sprawiająca na początku wyjątkowo ciasne miejsce od manewrowania jachtem morskim, po kilku udanych manewrach okazuje się doskonałą okazją, do ćwiczenia sprawnych
i ciasnych zwrotów. Do wieczora zdążyliśmy konkretnie wymarznąć, termos z gorącą herbatą okazał się nieocenioną pomocą, ale w końcu nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo.

            Dzień egzaminu teoretycznego przebiegł typowo – od rana szlifujemy manewry. W końcu jednak przychodzi czas na wykazanie się wiedzą. Pozostawiamy nasze jachty i udajemy się do miejsca, gdzie odbywać się będzie egzamin. Jeszcze tylko ostatni papieros, ostatnie uwagi co do zadań i wchodzimy na salę. Poznajemy naszych egzaminatorów, dziś ocenią naszą wiedzę, jutro zobaczą co potrafimy. Mamy dwie godziny na całość, najpierw test, potem zadanie nawigacyjne. Na wyniki oczekujemy w poczuciu lekkiej niepewności. Nareszcie są! Zadowoleni wracamy do mariny, trzeba się wyspać, jutro druga część.

            Piątek – ostatni dzień ,który pokaże, kto sumiennie przepracował cały tydzień i kto potrafi radzić sobie z nerwami. Kadra Szkwału robiła co mogła, przekazując nam całą swoją wiedzę, teraz czas na nas by się wykazać. Po porannych manewrach na kei pojawiają się egzaminatorzy. Każdy z nich będzie z pokładu oceniał pracę zarówno sternika, jak i załogi. Na nasz pokład trafia Maciek Wicik. Nie dokłada nam stresu, od wejścia wprowadzając luźną atmosferę. Zaczynamy! Przed każdym z nas seria manewrów. Ćwiczyliśmy to podczas szkolenia pod opieką najlepszych instruktorów, więc egzamin idzie jak z płatka! Po południu spotykamy się wszyscy na kei, na wręczeniu dyplomów potwierdzających pozytywny wynik egzaminu. Żegnamy egzaminatorów i wracamy na pokład. Pogoda znów jest dla nas łaskawa, więc w nagrodę wypływamy na Bałtyk! Przed nami trochę żeglowania i piękny zachód słońca.manewrówka 2018

            To był owocny czas! Nie tylko ze względu na zdobyte umiejętności, ale również ze względu na poznanych ludzi. Tydzień na jachcie potrafi powiedzieć o człowieku bardzo wiele. Każdy z nas
z Kołobrzegu wyniósł nie tylko bagaż doświadczeń, ale i nowe przyjaźnie, kontakty czy kompanów do wspólnych rejsów. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie świetna atmosfera, którą udało się wytworzyć każdemu z kapitanów. Pod koniec tygodnia można było odnieść wrażenie, że z pozostałymi członkami załogi znamy się od lat, a nie kilku dni. W to piątkowe popołudnie nie tylko uzyskaliśmy szersze niż dotychczas uprawnienia, ale i stanęliśmy na początku nowej, pełnej przygód i wyzwań drogi!

 

 

Autor: Mateusz Płuciennik

Korekta: Paulina Szczepankiewicz