Murzasichle

Obóz narciarski

31.01.2005-6.02.2005

Dowodził: Qba Sepielak


Początki niby zawsze są trudne, lecz nie dla SZKWAŁU. Jak mogliśmy się spodziewać, nasz kochany Qbuś spóźnił się troszkę, ale aby odkupić swoje winy zabrał nam cały sprzęt narciarski i pojechał wraz
z Klaudią samochodzikiem (lub czymś tego typu podobnym) do miejsca docelowego. Natomiast my pod dowództwem Majki ruszyliśmy dzielnie oczywiście autobusem. Podróż minęła wesolutko pijąc Powerade
i jedząc co tylko mieliśmy, oczywiście jak tylko Wiewiór i Jaszczur zaczęli śpiewać, ludzie w autobusie ich uciszyli ? ...

Po dojechaniu do Zakopanego szybko przeszliśmy na Dworzec Autobusowy. po drodze nie zapomnieliśmy powrzucać dziewczyn i Marka do wielkich przydrożnych zasp śniegu... wraz z bagażami... W tak dobrym humorku wsiedliśmy do autobusu gdzie rozpoczęła się wielka integracja i pierwsze fotki zostały zrobione... Niestety troszkę ludzie się poschizowali gdy zaczęliśmy mówić o BOMBIE w autobusie ...

Jak się okazało przejechaliśmy nasz przystanek i musieliśmy wchodzić pod górkę, co dało nam troszkę czasu do powrzucania ludzi w śnieg ... Gdy doszliśmy do domku, każdy rzucił swoje rzeczy i oglądaliśmy dom. Spotkała nas miła niespodzianka gdyż od razu poznaliśmy właściciela domku tzw. DZIADZIA - był to miły starszy pan, który doskonale znał się na używaniu młotka i bardzo lubił oglądać drzwi z bliska ... niestety był czasem przygłuchy, co doprowadzało do różnych złych, aczkolwiek śmiesznych tekstów. Natomiast bardzo nas lubił i bardzo czule dziękował nam za uświadomienie go iż nie ma już milicji, a w zamiast niej jest policja. W szczególności przypadli mu do gustu Wiewiór wraz z Jaszczurem, którzy się z nim bardzo zżyli ;) ...

Pierwszy wieczór minął dość spokojnie ... gdyż pojechaliśmy od razu po przyjeździe na narty i deski,
a wracaliśmy pieszo przez las, wiec każdy był wymęczony i zaraz po obiadokolacji poszliśmy do lóżek i tak chwile odpoczywając nabieraliśmy sił na wieczorną zabawę, niestety było już późno, wiłc siedzieliśmy
w mniejszych grupach i spokojnie sobie rozmawialiśmy przy herbacie, która dobrze ogrzewając nasze zmarznięte ciała, postawiła nas na nogi i każdy świetnie się bawił, aczkolwiek krótko, a co najważniejsze ... cicho ...

Rano pobudka jak zawsze była o godzinie 8:45 ... każdy wstał strasznie zaspany i zmęczony, ale po śniadanku i dużej ilości herbaty byliśmy pełni wigoru i ochoczo ruszyliśmy na narty do Małego Cichego... Każdy z nas jeździł ( może poza Kuba, który uczył się na desce i troszkę się poobijał, a od tego wyciągania
i wkładania karnetu do kurtki spuchły mu ręce i miał minę jak Mysza Miky) ... Pogoda nam dopisywała wiec wszyscy byli szczęśliwi ...

Wieczorkiem zjedliśmy i szczęśliwi z powodu udanego dnia, bawiliśmy się doskonale. Musieliśmy to robić na dole bo tam była jadalnia, a nikt nie chciał przeszkadzać tym co poszli spać wcześniej (pozdrowienia dla Kubusia śpiocha) ...
Bawiliśmy się kulturalnie i spokojnie ... zupełnie nie rozumiem dlaczego gdy szliśmy spać, Kuba wyszedł i powiedział żebyśmy się przestali śmiać, bo pobudzimy wszystkich ( czy to, że Jaszczur z Wiewiórem
i Kuba śmiali się 2 godziny bez przerwy ma jakieś znaczenie??)... Następnego dnia o poranku Kubuś zbudził nas bardzo fachowo rzucając się swoją 150kg masą na nas =) i wołając „WSTAWAC!!!”

Niestety to nie był koniec jego odwetu za noc, gdyż gdy Kuba Tyczyński pił ostatnią wodę, Kubus po prostu strzelił mega tekstem i wtedy ... hmmm ... Kuba zamienił się
w fontannę =D ...

Tak więc kolejny dzień na wyciągach został uhonorowany przyjazdem Maćka Turakiewicza. Zaproponował on wtedy na wieczór grę: KALAMBURY ... oczywiście drużyna facetów wygrała (chociaż bez myślenia, ale im się udało) ... Zabawa trwała 2 godziny i była naprawdę super ... Po skończeniu gry, udaliśmy się spać ...

Gdy już był – wydawałoby się - pełen spokój w domku, nagle rozległ się huk,
a dokładnie HUK po HUKU ... Jako pierwsza wybiegła Justyna i zobaczyła co było przyczyną, a była nią CEGŁA ... duża, czerwona cegła spadająca po schodach.
Do tej pory nie zostało wyjaśnione, jak ona się stoczyła i skąd się wzięła, niestety trzeba było uspokajać Kubę S, gdyż myślał on iż dom jest nawiedzony i to jakieś złe fatum ...

Następnego dnia zjedliśmy śniadanko, wypijając 5 dzbanków herbaty na rozgrzewkę i ruszyliśmy na Gubałówkę, gdzie Maciuś wyprawiał jakieś tańce na nartach, skręcając na różne strony i gubiąc narty ... niestety został on przyćmiony przez Mareczka, który skacząc przez siatkę rozerwał sobie cale spodnie na tyłku, mając szczęście że pupcie ma cała a nie w kawałkach ...

Wieczorkiem wróciliśmy już - jak zwykle - z naszym wesołym busistą, który puszczał nam wiele góralskiej muzyki, starego disco polo, podrywał dziewczyny, nalewał się z chłopaków, przewoził jakieś skrzynki z wódka, a nawet próbował odbić Kubie żonę, ale Ania szybko rozprawiła się z nim rzucając sarkazmem i paroma odczepnymi tekstami zmusiła go do wyluzowania? ... Wieczorem po przyjeździe
z Gubałówki, jak zwykle zjedliśmy kolacje i bawiliśmy się na dole ... każdy był dość wesolutki, lecz noc minęła bardzo spokojnie (a to że okno było bardzo mało stabilne i samo wypadało, to nie będę wspominał).

Natomiast nad ranem, przed śniadankiem (nie wiem która była godzina, ale już było jasno) Jaszczur, Wiewiór i Tycz ruszyli na podbój świata na desce. Po przejechaniu po wiosce droga posypana piaskiem zrozumieliśmy nasz błąd, gdyż deska wyglądała jak grzebień... ale to nie jest ważne! - ważne było to że, było dużo śmiechu i zabawy :D... Ten dzień zapowiadał się super...

... tak wiec udaliśmy się na KASPROWY WIERCH, Jaszczur jak zwykle opowiadał i straszył, że to góra nie do zjechania itd. Tak więc sporo osób już miało 100kg w gaciach :D... Na szczęście warunki były rewelacyjne... troszkę sypało śnieżkiem, stopień zagrożenia lawinowego był dosłownie minimalny,
a temperatura wyśmienita/// bo zaledwie 'parę' stopni poniżej zera... Niestety za pierwszym zjazdem wiele osób nie odważyło się ruszyć na dół, lecz gdy część ludzi przetarła szlaki, reszta też twardo zjechała... =)

Jak zwykle Wiewiór zapomniał nart jadąc na Kasprowy, ale dzięki Markowi miał narty gdyż Maruś jak to zakręcony kowboj... złamał sobie cos ze sprzętu (bynajmniej nie była to narta gdyż byłoby to zbyt banale, ale co?...oczywiście BUTA NARCIARSKIEGO!!!, dlatego też uważamy go za najbardziej zakręconego z całej naszej ekipy... ) Niestety musieliśmy wracać dość szybko, gdyż Kuba nie chciał narażać grupy i zanim się zaczęło ściemniać, musieliśmy wrócić na dół. Czekając na busa Jaszczur Wiewiór i Tycz zaczęli skakać do 1,5 metrowych zasp (tak, oni są kompletnie rąbnięci... )
- ale nie obeszło się też bez wrzucenia paru innych osób do śniegu...

Gdy przyjechaliśmy było wesoło, gdyż po kolacyjce nagły telefon: „Podejdźcie pod kościół, bo nam samochód wpadł do rowu”... oczywiście dzwonił Kuba, gdyż z Maćkiem ruszyli przejechać się coś załatwić
i jakimś trafem, rękaw od swetra Kuby zahaczył o ręczny i go nagle zaciągnął przy skręcaniu!! Zrobili 180
i wpadli tyłem w zaspę... Tak więc wieczór zapowiadał się znowu wesoło, lecz było... jeszcze weselej!! Przyjechały Ania i Aneta, przywożąc PACZKI i narty Maćka... Aneta przywiozła jeszcze zupkę do pączków, bodajże krupnik... Bawiliśmy się calą noc, robiąc CAMELE I BOBSLEJE, rzucając się śniegiem i wskakując do niego, nie zawsze ubrani jak trzeba...

Rano ciężko było wstać, ale jakoś się udało. Tak więc tego dnia ruszyliśmy na Kotelnicę Białczańską, by podbić ją naszymi umiejętnościami i głupotą ??
J Oczywiście co się stało??... Wiewiór musiał coś zgubić (czyli karnet)... na szczęście się znalazł i mogliśmy jeździć do wieczora...

Po udanej jeździe ruszyliśmy na oscypki z grilla i zjedliśmy ich mnóstwo... Tak szczęśliwi udaliśmy się do domku, gdzie czekała na nas ryba!!! Wszyscy szybko wszamali i zaczęliśmy się bawić i podpalać nakrętki, które paliły się niebieskim płomieniem, ale nie parzyły (takie specjalne nakrętki)... Noc minęła nam bardzo wesoło, nie obeszło się oczywiście bez bury od Kubusia, któremu nie daliśmy spać (jak zwykle)... nie był on rano na nas zły, gdyż niedźwiedzie są złe tylko jak się je obudzi :D... Niestety i my szybko dość padliśmy ze zmęczenia (z powodu wskakiwania w śnieg) i tylko z opowieści słyszeliśmy że każdy facet dał mega popis w chrapaniu, a jak wszyscy razem zaczęliśmy koncert to dziewczyny nas uspokajały...

Ostatni dzień był bardzo udany, gdyż pogoda była słoneczna, bezwietrzna i ciepła, wiec ruszyliśmy znów na Kasprowy Wierch... tam staliśmy 2,5 godziny w kolejce po karnety, lecz warto było zobaczyć jakąś babę skacząca po kratach jak orangutan w ZOO i drącą się w niebogłosy: 'Przepuśćcie MOJEGO MEZA'... Oczywiście cała kolejka wpadła w śmiech, a uczynny Kubuś uspokajał panią, gdyż wiedział, że może jej cukier skoczyć i będzie źle... na szczęście Ania oczarowała całą masę tłumów i jakoś wydobyła męża tej pani z kolejki...

Gdy już dotarliśmy na szczyt, ponad polowa ludzi patrząc na stok otworzyła usta, wybałuszyła oczy i stała tak patrząc się na stok... po 5 minutkach, gdy ślina zaczęła im cieknąc z ust, powiedzieli 'To ja tędy zjechałam/zjechałem??'. Po paru zjazdach z Hali Goryczkowej, podzieliliśmy się na grupę jadących szybciej i wolniej. Zjechaliśmy na sam dół, gdzie szczęśliwi z widoków i ostatniego zjazdu ruszyliśmy busem do domku.

Po kolacji na nowo rozpoczęliśmy zabawę - Ostatnia Noc. Do samego rana, robiliśmy pełno śmiesznych akcji i różnych zabawnych kawałów. Nikt nie narzekał, ale bawił się każdy... I tak około 5 rano padliśmy jak zwłoki i wstaliśmy znów o 9, by zjeść ostatnie śniadanie... Na koniec wspomnę, że udało nam się wywietrzyć pokój chłopaków, śmierdziało tam strasznie (mimo tego, że każdy się mył)...
J
Tak wiec serdecznie pozdrawiam naszą cichutko mówiącą kucharkę i wesołego Dziadzia...

Opowiadał Wiewiór

P.s. opowiedziałbym to bardziej przystępnie, ale wiecie... CENZURA :(