REJS MAJOWY

26.04.2008 – 03.05.2008


Szczecin/Trzebież – Świnoujście – Kopenhaga – Klintholm – Stralsund – Świnoujście – Szczecin/Trzebież



Pierwsze osobistości wyruszyły na rejs już w czwartek. Od piątkowego poranka po wyleczeniu lekkiego odwodnienia, pieczołowicie pilnowali przygotowań do rejsu, robili zakupy i doglądali jachtów.
Kolejna wesoła grupa wsiadła do pociągu w piątek wieczorem i po iście szampańskiej zabawie dotarła na miejsce w sobotę rano.

Po szybkim śniadaniu jedni odjechali do Trzebieży, gdzie czekał na nich s/y Dar Natury, a pozostali pakowali rzeczy na Bon Bona. Gdy już wszystko było gotowe oba jachty ruszyły do Świnoujścia, gdzie spędzili wspólnie ostatni wieczór przez spotkaniem z Bałtykiem.

Z samego rana dotarła ostatnia ekipa, w której również i ja się znajdowałem. Po całonocnej jeździe samochodem i porannej przeprawie promem udało nam się zaokrętować na jachty.
Wyjście z portu zostało poprzedzone krótkim spotkaniem z GPK a potem już kurs na północ :)

Bałtyk przywitał nas wspaniałą pogodą. Słońce, przyjazny wietrzyk... o niczym innym nie mogliśmy marzyć. Wesoły i błogi nastrój udzielił się wszystkim. W ruch poszła gitara, szanty i wszelkie wygłupy. Tak dotrwaliśmy do późnej nocy. Całodzienne szaleństwo niektórym dało się we znaki i zniknęli w swoich kojach, aby się trochę zregenerować.

W nocy lewą burtą mineliśmy Rugię i wypłynęliśmy na otwartą część Bałtyku. Już nie było widać lądu
z żadnej strony. Co chwilę tylko mijające nas kutry i statki pasażerskie.

Około piątej rano na pokładzie Daru Natury pierwszy oficer zaniepokojony zobaczył różnokolorowe ognie lecące w powietrze wprost z pokładu Bon Bona. Przerażony, że albo toniemy albo coś nam się stało chwycił za radio i próbował nas wywołać. Niestety nie słyszeliśmy......a to dlatego że z głośników wydobywały się głośne nuty piosenki "Zostańmy sami" a na dziobie odbywały się zaręczyny. Na rufie zaś strzelały szampany i sztuczne ognie. Od tamtej pory jestem szczęśliwym nażyczonym Asi :)
Oczywiście przeprosiliśmy Grzesia, że przyprawiliśmy go o zawał serca... mam nadzieję, że nam wybaczył :)

Po południu ujrzeliśmy w końcu rząd wiatraków wystających z wody, co oznaczało że dopływamy do Kopenhagi. Po kilku godzinach wpłynęliśmy do portu zaraz obok słynnej syrenki.

Wieczorem zwartą grupą ruszyliśmy w miasto. Kilka godzin spacerowaliśmy po centrum, zachwycając się ciekawie oświetloną architekturą i klimatem wielkiego portu.

Po powrocie jedni poszli spać a inni wraz z Kapitanem Januszem Gardułą siedzieli do wczesnych godzin rannych na BonBonie snując opowieści żeglarskie i nie tylko.

Cały kolejny dzień spędziliśmy w Kopenhadze. Jedni zwiedzali miasto, inni postanowili pozostać na jachcie a jeszcze inni ruszyli na podbój jedynego w swoim rodzaju muzeum erotyki.

Szkarłat z Tyczem poczuli w sobie nieodpartą chęć majsterkowania i naprawili część niedziałających kabestanów na Darze Natury, po czym odwiedzili inny polski jacht, który z awarią silnika wpłynął pod wieczór do portu. Tam z wielką radością babrali się w smarze przestawiając różne trybiki, po czym w podziękowaniu za naprawę dostali prezenty w postaci "bezalkoholowego" poczęstunku :)

Po nocy i szybkim porannym wylocie na miasto ruszyliśmy w dalszą podróż. Po wypłynięciu z Kopenhagi trafiliśmy na fantastyczną regatową pogodę :) Słońce i wiaterek 4-5. Bawiliśmy się rewelacyjnie.
Pod wieczór niestety pogoda zaczęła się psuć i szybkość wiatru wzrosła do 6-7. Na szczęście było już widać białe klify półwyspu Mon. Zacumowaliśmy w porcie Klintholm, gdzie kapitan Sepielak uraczył wszystkich swoim firmowym spaghetti serowym :) Na zewnątrz padało, więc nie chętnie wychodziliśmy
z jachtu.Tu w biesiadnej atmosferze pożegnaliśmy wtorek.

W środę rano po prysznicu i szybkim klarze, ruszyliśmy na południowy-zachód. Kierunek Niemcy,
a dokładnie Stralsund. Po deszczu już nie było śladu. Znowu wychodziło słońce. Widać, że pogoda była zamówiona perfekcyjnie.

Po całodziennym płynięciu, podczas którego jedni czytali książki, inni układali kostkę Rubika, a jeszcze inni delektowali się płynącymi z głośników dźwiękami ulubionej piosenki Notrh West Passage, dopłynęliśmy do......ronda :) Oczywiście jak przystało na wykwalifikowaną załogę rondo przecięliśmy przez środek i pod prąd. Na szczęście nie pływało tam za dużo tankowców więc cała akcja przebiegła szybko i bezpiecznie.

Późnym popołudniem wpłynęliśmy w pokręcone szlaki wodne Rugii. Zaczęła się skrupulatna nawigacja. Jedna, druga, trzecia boja.....dobrze że mieliśmy dobrych nawigatorów :) Gdy zrobiło się ciemno w dali można już było dostrzec kolorowe światła Stralsundu wraz z charakterystycznym mostem górującym nad miastem. Dar Natury już od godziny stał w porcie, gdy mijaliśmy główki portu. Gdy się odnaleźliśmy, mogliśmy przycumować obok naszych przyjaciół.

Reszta wieczoru zeszła nam na poszukiwaniu otwartej ubikacji i wywoływaniu obsługi mostu. Obie te czynności niestety zakończyły się niepowodzeniem. Postanowiliśmy więc zjeść grzanki z kabanosem
i pośród głośnych okrzyków niemieckiej młodzieży niezbyt kulturalnie bawiącej się po drugiej stronie portu
(co za matoł trąbi klaksonem po nocy i drze ryja) położyliśmy się do spania.

Wypłynęliśmy wczesnym świtem, aby zdążyć na otwarcie mostu. Niestety most nie zadziałał. Poinformowano nas tylko, że będziemy mogli się wydostać dopiero o 9. Zawróciliśmy więc do portu, gdzie część załogi, która już nie spała poszła na chwilę na miasto, a reszta dosypiała w ciepłych kojach.

O 9 udało się nam przedostać na drugą stronę mostu. Ruszyliśmy w stronę Świnoujścia. Po południu zauważyliśmy przed sobą pierwsze boje podejściowe do Świnkowa i po wejściu w tor ruszyliśmy na ostatni przystanek tego rejsu.

Późnym popołudniem rzucaliśmy cumy przed samym bosmanatem i po zrobieniu porządków na jachcie udaliśmy się na wieczór kapitański. Impreza trwała do białego rana. Bawiliśmy się wyśmienicie grając na gitarze i śpiewając szanty.

Sobotni poranek nie dla wszystkich okazał się rześki. Ale zgodnie z planem ruszyliśmy w ostatnią przeprawę. Jedni do Szczecina, inni do Trzebieży, skąd rozjechaliśmy się w swoje strony.

Po powrocie jeszcze długo wspominaliśmy ten rejs. Było naprawdę rewelacyjnie. Mogę jedynie życzyć sobie i innym więcej takich wyjazdów :)


Wawrzor

s/y Bon Bon