Rejs na s/y BonBon
10.IX-30.IX 2007
Ribadeo - Benodet - Cherbourg - Le Havre - Dieppe
'Tak ciężko wracać gdy się jest z drugiej strony tęczy...'
Wróciłam...
i nowego znaczenia nabrały wiele już razy słyszane słowa o tym,
że 'Najgorsze są powroty'...
Chciałabym Wam pokazać chociaż część z tego, co nasza załoga
przeżyła we wrześniu 2007 roku, ale niestety żadne zdjęcia
i żadne
słowa nie oddadzą całej emocji sytuacji.
Na zdjęciach nie zobaczycie gwiaździstego nieba, bezkresu oceanu,
pasji Marcina, żartów Ruciarza.... nie posmakujecie sosu do spaghetti
zrobionego z sosu węgierskiego, ketchupu i mąki... nie złowicie fioletowej
makreli i nie zobaczycie wieloryba...
a nawet delfiny na zdjęciach
nie są na wyciągnięcie waszej ręki, kiedy pochylacie się z dziobu
jachtu...
Kołysanie
oceanu do snu, śpiew wiatru na wantach i niesamowity błękit nieba...
Ciągle jeszcze na myśl o tym wszystkim przechodzi przeze mnie
fala żalu... że to już po wszystkim, że to się skończyło... że
teraz tylko szara codzienność, w której nie ma wspólnych wacht,
posiłków, nie ma komu robić kawy z rana i w ogóle wszystko jakieś
takie... jakby to Tylunia ujęła – BEEEZ SĘSU =P
Chociaż nie zawsze było pięknie i kolorowo... =) zaczęło się w
poniedziałek rano, kiedy prawie spóźniłam się na pociąg do Szczecina...
Ponieważ decyzja o wyjeździe była w pełni spontaniczna, również
pakowanie odbywało się o 6 rano
w poniedziałek, choć pociąg odjeżdżał
8:15... Do Szczecina udało się jakoś dotrzeć pod wieczór, a w nocy
podekscytowani ruszyliśmy samochodem w nieznane... Kilka godzin później
na autostradzie pod Berlinem wjechaliśmy pod Tira... (Głupie, że
dopiero w takich momentach ludzie zaczynają sobie zdawać sprawę z
tego jak ważna jest każda sekunda naszego życia...)
Powrót do Szczecina i następnego dnia ponownie ruszamy innym samochodem...
zepsuł się pod Bordeaux. Trzy dni mieszkaliśmy w 5 osób w samochodzie
na stacji benzynowej w jakiejś wiosce we Francji. Po 3 dniach przyjechała
laweta
z Polski z kolejnym samochodem, a nasz zepsuty dobytek zabrała
do Polski. Do Hiszpanii, dotarliśmy po tygodniu. =D
Wcześniejsza załoga przywitała nas pizzą, winem, hiszpańskim piwem
i oliwkami, więc śniadanie mieliśmy już za sobą...
Decyzja o wypłynięciu na Biskaje była natychmiastowa... wrzucamy
graty, robimy zakupy i żadnej chwili przerwy... (na szczęście udało
się ubłagać Marcina żebyśmy chociaż tych pulpetów na obiad nie
musieli jeść na wodzie... w porcie smakowały wystarczająco obrzydliwie
=P .... )
I... ruszyliśmy... przepłynęliśmy pod olbrzymim mostem, który
nad ranem był zasnuty mgłą... wiatr się wzmagał,
a naszym oczom
ukazały się oceaniczne przestworza...
Odbiliśmy od kei, jacht zaczął tańczyć... stojąc na dziobie i
klarując liny usłyszałam krzyk z rufy jachtu 'Kończ to i uważaj
na fale!' =D Podniosłam głowę i zobaczyłam... falę przybojową,
która uderzała spienionym grzywaczem... i nagle... obudziła się
we mnie ta cząstka, która zawsze się uśmiecha w takich momentach....
Chyba już wtedy tak naprawdę wiedziałam, że to będą najpiękniejsze
chwile mojego życia.
Atlantyk pokazał co potrafi... Jest nie tylko bezkresny i tajemniczy
ale również niebezpieczny...
Goniliśmy się z delfinami, spotkaliśmy stado wielorybów, przeżyliśmy
sztormy, chwile grozy... 4 dni nie widziałam lądu, żyjąc ze świadomością
że z jednej strony najbliższym lądem jest Ameryka a do drugiego brzegu
bardzo daleko... Pod nami hektolitry wody i niezbadane przestrzenie
wypełnione niesamowitymi stworzeniami...
I ten świecący plankton... =)
Bywało trudno... początkowo męczyła choroba morska, a podział na
wachty nie pozwalał odpocząć... 4 godziny snu, 4 na deku, 4 snu,
4 na deku, 2 snu, 2 na deku... i tak dalej... wpadłam w ciąg, dni
zaczęły się zlewać... upływały w błogich godzinach wpatrywania
się w horyzont, gwiazdy i wysłuchiwaniu genialnych (choć czasami
niestosownych i niesmacznych =P) żartów kapitana i pierwszego oficera
=)
Cały świat przestał dla nas w pewnym momencie istnieć. Tylko
my i bezkresny ocean... bez zasięgu komórek, Internetu, mediów. Rodziny
miały pretensje, że nie dajemy znaku życia, a tymczasem my - walcząc
z żywiołem, nie mogliśmy się nadziwić szczęściu, że dane nam
było wypłynąć w taki rejs...
Pierwszym odwiedzonym portem było Benodet. Choć bardzo chcieliśmy
dotrwać do Brestu, to nie pozwoliło nam na to wyczerpanie fizyczne
po 4-dniowym przelocie przez 'Bay of Biscay'. A że pływ nam akurat
sprzyjał... zawitaliśmy do przepięknego portowego miasteczka. Ponieważ
podczas sztormu okazało się, że jest kilka rzeczy do zrobienia -
kapitan ogłosił 'Dzień techniczny'... Ruciarz spędził
cudowny dzień na szyciu genuy /oczywiście bez rękawicy bosmańskiej,
bo nie było :D :D :D/,
a mnie i Oli dostało się czyszczenie zęz... do których niestety
/tylko skąd?!/ napłynęło 'trochę' paliwa... Grzesiek dzielnie
walczył ze śrubkami, a Marcin przez cały dzień biegał po mieście,
bo uparł się że musi mieć Internet! /ehhh co te uzależnienia robią
z ludźmi?! J
/
Wypływaliśmy z myślą o zbliżającym się sztormie... z tego co
pamiętam, wiatr był dosyć zmienny, ale sztormowa pogoda złapała
nas przy wejściu do Cherbourga... a nie było łatwe. Próba
zlokalizowania główek portu w nocy przy ulewnym deszczu, przemykające
po burcie chorągiewki i pływaki, pojawiające się z nikąd promy,
silny deszcz, zmęczenie i stres... bo kilkunasto-metrowy falochron
naprawdę robił wrażenie... Tak czy inaczej - mocno przeklinaliśmy tego, co powiedział, że 'Jak się ściemni to się rozjaśni'....
Do portu udało się wpłynąć bez większego problemu... nooo
z małym może epizodem... =) Nawet wybraliśmy się na małe nocne
zwiedzanie jak już przestało padać... ale nocą wiatr się nasilał...
zafalowanie w porcie, groźny ryk morza wydobywający się zza falochronu
i bicie fałów o maszty... ojjj... mocno trzymaliśmy kciuki
za tych co zostali w morzu... Z NAVTEXU ciągle przychodziły złe wieści...
sztorm, sztorm, sztorm... s/y Syrenka zaginęła, jakiś olbrzym zgubił
kontenery na wejściu do Rotterdamu, a Holendrzy budują wiatraki na
kanale... =D
Później nastąpiły chwile, które najmilej wspominam z tego rejsu...
w Cherbourgu spędziliśmy sporo czasu... trzeba było wszystko wysuszyć,
zjeść coś porządnego (ćwierćfunciaka z serem z McDonalda =P),
nacieszyć się francuskim klimatem wąskich uliczek i knajp. Tutaj
ciekawostka turystyczna - spotkaliśmy Polaków, którzy pływali
na promie z Irlandii do Francji (?? Chyba nie pomyliłam trasy J)...
dobrze było się dowiedzieć jakim sprzętem dysponują i czy są w
stanie nas zobaczyć, a jeśli tak, to czy mają zamiar zmienić kurs
;-) /Ich reakcja na to że jacht się przechyla i że pływamy
na papierowych mapach była co najmniej zabawna =D /
No ale taka żeglarska dola, że i Cherbourg przyszło nam pożegnać...
pogoda przepiękna... tylko wiatr jakiś taki silny,
a fala wysoka i
stroma... już całkiem inna, gdyż witał nas Kanał Angielski.
Plan był ambitny - 'Płyniemy do Amsterdamu!!'.... już
byliśmy w połowie drogi między Dieppe a Le Havre... a tu....cóż...
wiatr odkręcił na północny... i znowu w mordę! ...zaczęły zbliżać
się martwiące chmurki... trochę ucichło... a później uciekaliśmy....
trzeba było się wracać do Le Havre, bo gonił nas sztorm... i nie
tylko :D (wraz z nim, jak mi się wydawało - również ponad
200-metrowe statki... które tak naprawdę stały na redzie..... ale
i tak były duże i przerażające :D )
W Havrze przytrzymało nas kilka dni. Może miasto nie jest piękne,
ale na pewno oryginalne i robi wrażenie... warto się tam wybrać...
chociażby po to żeby pozbierać z Ruciem jego słynne 'bajbory',
albo żeby zjeść kebaba z frytkami i majonezem. (Tylko że te frytki
były w bułce a nie obok niej =P ....żabojady mają jakieś dziwne
zwyczaje... i jedzą te ich fuuu paskudztwa które zbierają przy odpływie...
znaczy się ostrygi J)
Chwila oddechu od kołysania, moment nacieszenia się cywilizacją...
wszystko w porządku, ale... co za dużo to niezdrowo J
Już po pierwszym dniu nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić, a prognozy
wcale się nie zmieniały... na NAVTEXIE ciągle to samo. Sztorm, sztorm,
sztorm... Trzeciego bodajże dnia mieliśmy dość. Postanowiliśmy
- płyniemy. Zresztą wyglądało na to, że ucichło. Ale tylko niestety
wyglądało..
Kiedy wypłynęliśmy, wiatr zaczął
się wzmagać, fale rosły, a wraz z nimi przerażenie w naszych oczach.
Chociaż frajda przy zjeżdżaniu z 6-metrowych fal była nieziemska.
Gdy tak się bujaliśmy w rytmie 'Incredible Booyaka' (naszego
rejsowego hitu, zaraz po 'Włochatym kocu'), nad nami, swoim lataczem,
zataczały rundki służby ratownicze... Przyjrzeli nam się uważnie
i chyba doszli do wniosku, że wiemy co robimy... wrócili jeszcze około
2 godziny później, tak dla świętego spokoju, żeby sprawdzić czy
wszystko ok.
Stojąc za sterem trzeba było naprawdę walczyć ze sobą... ale zaczęliśmy
przegrywać z siłami natury i nastąpił odwrót w stronę Havru...
po raz kolejny...
- Dziobek - tylko sobie wybierz dobry moment na ten zwrot...
- JUŻ!
I sruuuu poszło....Przepłynęliśmy kawałek... baksztagiem niby łatwiej,
ale wszystkim zrzedły miny... bo po paru godzinach męczenia się,
znowu mamy wracać? Znowu w połowie drogi do Dieppe? Nie.... tak się
nie robi.... Popatrzyłam na Marcina. Nie trzeba było nic mówić.
Kolejny zwrot i znów walczyliśmy z przeciwnym nam wiatrem... tym razem
skutecznie...
Do Dieppe wpływaliśmy w nocy. Morze się uspokoiło, a nad
lądem waliły pioruny... ślicznie było widać przechodzące fronty...
Tymczasem zbliżaliśmy się do portu, a główek nie było widać...
Głębokości spadały, do wejścia 1 mila... Więc gdzie te główki?!
Napięcie narastało, aż.... JEST! Wyłoniła się... A chwilę
później wyjaśniła się również tajemnica niewidocznej główki...
otóż... nagle z wodą coś zaczęło się dziać. Z przodu zrobiła
się biała a z tyłu czarna... Szybko popatrzyłam na głębokościomierz,
jednak nie wskazywał jakichś małych wartości... Byliśmy zdezorientowani,
po czym wpadliśmy w jakąś dziwną mgłę... zimną
i przeszywającą
na wskroś.... (brrrr =P) Jeszcze tylko mała manewrówka między jachtami,
krótki spacer nocno-świtowy po miasteczku i poszliśmy spać... opatuleni
we wszystko, co mieliśmy jeszcze w miarę suchego.
Ostatni poranek był niezapomniany =) Obudził mnie nasz
w s p a n i a ł y kapitan, Marcin, ( =D ) przynosząc świeże
francuskie bagietki, masło, mleko i jajka na f a n t a s t y
c z n ą jajecznicę z boczkiem, którą zrobił dla całej załogi
własnoręcznie....!! =) Później tylko sprzątanie, kawa, przywitanie
nowej załogi, pyszne spaghetti, ostatnie zdjęcie i niestety, ale....
ruszyliśmy w drogę powrotną...
Tak właśnie minęły trzy tygodnie naszej cudownej wyprawy.... Były
to tygodnie, jakich nawet nie miałam odwagi sobie wymarzyć...
Ciągle jeszcze nie potrafię wrócić do zgiełku miasta, siedzieć
w domu, uczyć się i spotykać ze znajomymi, rozmawiając
o jakichś
błahostkach... Mogę natomiast opowiadać godzinami o tym, co razem
przeżyliśmy, o tym jaki ten morski świat jest dla mnie bliski
i ważny...
Bo choć życie na jachcie jest trudne i wymaga ciągłej pracy nad
sobą, to jednak będzie mi go brakowało... przynajmniej do najbliższego
sezonu =)
Teraz już wiem... że gdy tylko nadarzy się okazja ucieknę stąd...
do żagli, morza i śpiewu wiatru... gdzieś daleko za horyzont...
Gdzieś... gdzie liczy się tylko to, co najprostsze...
Ktoś powiedział: Trzymaj się wiatru
I zawsze w niebo patrz,
Ciebie witać będzie słońce i bratem będzie Ci wiatr.
Samotny żeglarzu...
KONIEC
No i podziękowania - napisy - czy jak to tam w filmach jest...
Marcin - za ogromną cierpliwość i wkład w moją nieszczęsną
edukację...
Ruciarz - za obrzydliwe żarty przy śniadaniach i bajbory
w Havrze
Olka - za Twoje zdolności kulinarne, bez których jedlibyśmy
tylko pulpety (BLE :P)
Grzesiek - za wspólne wachty i niesamowite opowieści o Bieszczadach